
Albinie mój najdroższy!
Na chacie siedzieć niepodobna! Słonko wyjrzało nareszcie, czyniąc poświatę we wewnętrzu mej duszy siarczystym mrozem udręczonej. A i sople stopniały, zniknęły nareszcie z dachu mego strzechą ogarniętego. Nie obyło się jednak rzecz jasna bez bicza bożego. Bo gdzież mógłby taki sopel ot po prostu zakończyć swe plugawe jestestwo? Sytuacja się miała jak idzie: siedzę ja proszę Ciebie na taboretku w kuchni, obieram kartofle na cieszyńskie kluski fusate i patrzę przez okno. Nadmienić należy, żem taką wprawę posiadł we władaniu obierakiem, że niepodobna się zaciąć w palec, uwalić funt ciała i kapkę krwi upuścić. Morda się cieszy i mrużę ryło do słońca co wali mi przez szybę w oko. Żyć nie umierać, splendor wiosenny na mnie spłynął z całą bożą łaską, jakby ta wiosna moją zasługą się stała. Tak żem się czuł temperaturą dodatnią podbudowany, do życia skory! Patrzę jednak że z dachu chlewa mojego czapy śniegu exodus nadają. Spadło. „Nic to” - mówię w duchu i dalej marszczę w zadowoleniu pokiereszowane swoje oblicze. Sopel spadł jeden – a duży skurwiel i biedę by mógł człowiekowi narobić jakby natrafił na łeb w drodze z dachu na odmarzającą ziemię. Ja jednak w domowych pieleszach jak lepszy cwaniak wioskowy siedzę, rozanielony, bezpieczny, nie świadom że dramatu zaraz obaczę oblicze. Oto idzie kura. Jedna z moich kur, równie szczęśliwa jak ja, wiosną pewnie uraczona. Grzebieniem trzęsie, łbem kiwa jakby jej kapela oberka grała. Podskoczyła – ot głupi nielot i skrzydłami zamachała. W przejściowym zawieszeniu powietrznym puściła kloca, jak to kura. Bez wstydu i zmieszania. Nadmienię, że niebezpiecznie blisko chlewa już zapuściła się ona. Skojarzyłem fakty od razu. Prorok się włączył, mina mi zrzedła (jak zawsze w momentach mojego proroctwa) i chodu przez izbę co sił w filcach, zapodałem! Wypadam na podwórz już krzyczę do kury: Co ty, głupia!? I wiem już, że śmierć ujrzę i chuj z dniem radosnym, chuj z fusatymi i chuj ze wszystkiem ogólnie. Tempo zwolnione. Tłusty sopel obrywa się z dachu i leci. I leci. I leci. I leci. I wziął skurwesyn uderzył moją kurę w czoło a ta padła sztywna, martwa, z przyłbicą rozpiżdżoną. Stwierdziłem, że nie będę wołał policji. Wstydu bym się najadł, bo łzy kapać mi zaczęli. Kochałem tę kurę jak swoją..