wtorek, 30 września 2014

Apache kulturalny

Albin, halo? Co sie stao? Nie piszesz, nie dzwonisz na komórkę moją, choć ja w sieci Sami Swoi, to wydawać by się mogło, żeś bliżej, żeś lepiej. A tutaj cisza głucha, jak makiem zasiał me podwórze całe, aż po sztachet czar. Powie dla ciebie, że mam po dziury w kulfonie twojej impertynencji z nieodzywaniem się związanej. Jakby dla ciebie kto w gębę wlał betonu i odczekał aż zaschnie. Między bogiem a prawdo, to powiem cija, że ten ktoś to mędrzec, na którego świat czekał. Nie ma lepszego remedium na krzywdy tego świata jak zamknięcie tobie ryja.

Do rzeczy. Ażebyś nie myślał, że ja tak jak wiejski głupek czekałem na kontakt od twej strony, to powiem ci ja w sukurs: nie. Nie czekałem tylko maszynu specjalne nastawił, co by mi na pejdżer znać dała gdyby co, a ja sam spakowałem worek brezentowy po dziadku i dawaj pojechał. Gdzie? No gdzie? Ę? Już zgadł? DO WARSZAWY, ot gdzie. Pojechał polskim busem z wifi, co by w podróży gołe baby móc na ajpadzie oglądać, i spokojnie celu doczekać. Tam naprędce na Placu Zamkowym znalazł artystę malarza, co nie maluje, a rysuje wynglem i hyżo mę facjatę na papier przemieścił. Po co?

Po prawdzie to mi twarz była do wizy potrzebna, bom odłożył co trzeba i do Ameryki udać się na wywczas chciał kanjon zobaczyć. No i idę ja z tym rysunkiem do ambasady zawadiackim krokiem, słońce świeci, deszcz leje, a ja w podskokach, ot jaki szczęśliw! Wchodzę, a tam tłok. Ajpada mnie zabrali i się skrzywili, bo tam coś mie się na tapecie jakaś baba ustawiła. Patrzo, gały wlepiają we mnie całego od szponów u stóp po łysiny szczyt. Każo się odwracać, po pachach macajo, coś krzyczeć poczynają, że alkajda, alkajda... I wnet wychodzi jakiś pokurcz, chaliera, zza drzwi z napisem „Zsyp”. Ubrany jak milord, po angielskiemu do nich, po polskiemu do mnie. Poliglota, pacz maszkare, kurczaki pieczone! I ta reszta zbesztana, wzrok spuścili i zapadli się. Chyba pod ziemie. A gnom do mnie w te słowa: Mister apasze kulturalny? Ja na to milcze. A ten jak jaki pojeb: Jes, apasze nowy zapraszam Pana, zaraz paszporta dyplomatyczna odbierze, dżet już czeka zaraz pojedziemy na lotnisko i do Ju-es-end-eja polecimy. Yes, mister. I co Albin, zatkao kakao? Chcesz wiedzieć co dalej było? Masz ty takie przygody buraku ty cebulaku, ty?

czwartek, 10 lutego 2011

Sąsiad swego sąsiada


Na sąsiada mego,
I koguta jego,
Z kurzego cudzołóstwa poczętego,
Na żonkę sąsiada,
Przez którą mi męstwo o spodnie zawadza,
Na syna jego jednorodzonego,
W mózg niezmiernie ugodzonego,
I córkę zza miedzy,
Co podnosi kieckę bez jego wiedzy,
W końcu na dom sąsiada,
Co w mule i glinie osiada,

Biada mu, nie wdzięki,
Za lata mojej udręki!

Sąsiad swego sąsiada

czwartek, 3 lutego 2011

Bizonguard: nowy sposób na sąsiada


Żyję, Kumie! Wpierw to ci naprędce wyjawiam i to w osobie pierwszej, żebyś wiedział, że to ja osobiście piszę, Albin twój niezłomny. Wybacz mie ciszę długą jak kiszka stolcowa węża andyjskiego. Pogubiłem się w czasie lecz przestrzeni odzyskania jestem już w połowie prawie.

Wiedzieć chce pewniakiem ten twój umysł nienażarty wiecznie, co u mnie… U mnie plaga. Plaga sąsiada – bez mała dwa tygodnie trzyma i nie pozwala ze stanu noworocznego postkacum wyjść. Natenczas więc obalając porankiem wieczorne śledzie w oleju, czytałem ze zrozumieniem o planie twym przemyślnym i taka mie myśl też naszła – że rzadko ty się mylił w życiu i tym razem też się zdaje, że epokie chyba wyprzedasz!

Bo choć ty o hadowli bizona niemechanicznego razmisljasz to i ja interesik jeden zza pazury zda się dla nas na tę okoliczność posiadam i wyjmuję już teraz: Stado bizonów obronnych! Ot co ja wymyślił… A żeby to od sąsiadów-pojebów broniły, bo sąsiad zły człek przecie z definicji szkolnej. Sąsiad odtąd na dystans trzymany będzie! A to równanie, bo bym był zapomniał, to idzie: „Sąsiad dodać flaszka się równa ryj obity dwa razy plus drzazgie pod paznokcie i sztacheta w płocie złamana.” A i reszta czasem bywa z równania w postaci kła ułamanego, który skutkuje potem bolesną wizytą u konowała tego, Henryka, co to odkazi swoje narzędzie doustne chyba w ustach tylko, jak akurat żytniej jeszcze nie przełknął. A tu – ile karzyści taki bizon z rękawa daje!

Bo na ten przykład dzień trzeci pijesz i dosyć już masz, bo na oczy ledwo widzisz- na ten przykład wnuki sąsiada, jak żaby słomkami dmuchają. I na tę sposobność może i byś chciał im co powiedzieć albo w mordę zdzielić, bo to stworzenie boże przecie i niepohumanitarnemu zachowanie – ale jęzor kołkiem stoi i o kieł skruszony już wadzi. I myślisz wtedy w pomroczności jasnej: „Bizona czas mie przywołać. Niech ratuje syn prerii. Totem Indian mądrych jak sowy wieczorne. Niech przegna te wichry bimbru lipowego i w knieje uniesie swąd gaci sąsiada Józefa, bo już od wczoraj ja podejrzewał, że się zesrał i stąd się wstać z taboreta mego boi…” Tak myślisz i gwiżdżesz. Nie. Zaraz. Nie gwiżdżesz. Kto by gwizdać był zdolny po trzech dobach chlania bez umiaru. Ryczysz więc w języku prerii: „Uuu-aaaa-uuuu!”. Jeb. Bizon się zjawia. Ale ty tylko wiesz, że się w celu pojawił przy tobie. Ot, spoziera już cwana bestia zza okna i okiem swym łypie na filmach amerykańskiech chowana i w wywiadzie przeszkolona - na Józefa i gacie jego. I w Józefie strach rodzi. I racicami swemi czterema ruch zaczyna wybijać w obejściu. I rusza! Kopyta w śnieg kruszony przed domem napierdalają, kury szczają, świnie kwiczą – i jelita się Józefa w przestrachu ozwały i Józef musiał się demaskacji poddać! I kurrrrrrrwa, nie ma przebacz! W huraganie odwilżowej aury przez bizona wzniecionej Józef drugi raz się posrał lecz już go na tę sposobność u mnie nie ma, bo drzwi prawie z zawiasa wyważył.

Tak mie się roi we łbie Albinie… przemyśl tę sprawę. Wybacz, że w porcie do Wacława nie byłem, odrobi ja to w polu!

poniedziałek, 11 października 2010

Bizońskie marzenia z kraju Indian


Mordunio moja ty anatolijska!

Przeprosić mnie Ciebie przychodzi najwsampierw tego listeczka. Przepraszam za korpsy w odpowiedzi na moje własne zaczepienie, że niedługo napiszę co żem obmyślił. Zanim zasiadłem do klawiatury swego cyfrowego rumaka dnia następującego po poprzednim wtedy, usłyszałem ja w eterze radiowym o promocji na tikety do Stanów, więc zamist gdakać, działać począłem. Nim się obejrzałem (zawsze się oglądam po spacerze, czy gdzie klieszcz się nie napatoczył), siedziałem już w kapeluszu i kufajce na pokładzie samolota mknącego przez nieboskłon nad Atlantykiem. W tym momencie już słowo wyjaśnienia mej bystrej jak woda w klozecie decyzji, należy się niezłomnie. Pamiętasz jakem pisał o zwątpieniu w ciągniki chalierne? Natury mi się zachciało i marzenie dziecięce ziścić żem pomyślał. Rebus zarzucę z zamachem: Co to jest? Ciągnik+pole+wypadek+rozczarowanie+wywrotowy świata pogląd=pole/rolnik/love bizon. Rozumiesz? Nie? No dobra, to słów kilka, co by tylko oni nie ponieśli te słowa wilka...

Bizon. Bizon i to wcale nie kombajn nasz krajowy, tylko ssak rozumiesz lądowy, amerykański. Takim to sprzętem teraz będę orał pole w porę. Oglądałem kiedyś dokumentalny utwór filmowy, w którym jak czarne na białym, jak jajko w skorupce, jak bimber pod gruszą, Indianin w rezerwacie orał polę za pan brat bizonem. A zwierzak szczęśliwy był, fiu fiu! Aż nóżkami wierzgał z radości, a jak leżał wygrzewając się w słońcu, to kopytka ze szczęścia zacierał! Wtedy w moim czerepie zrodziło się marzenie, pragnienie niezmierne, ażeby posiąść na własność takiego oto bizona, co by nie tylko ze mną jak z bratem po polu zapieprzał, ale i konie sąsiadów z równowagi wytrancał. A co się dzieje z marzeniami? Albo czezną obsrane przez rzeczywistość, co to ani Boga w sercu nie ma, ani szatana się nie boi, albo ziścić się mogą upartym duchem właściciela wiedzione! Oto ja, uparty buc, bizona do kochanej Polszy doprowadzę!

Wylądował ja rozumiesz na kenedim w niu jorku, a stamtąd za chwilę przesiadka do Denwer mnie przygarnęła. Nie pierwszy raz ja w trasie lotniczej funkcjonował, jak wiesz, a i w językach tego świata nie ciemny, bezprobliemowo wszystko sobie zorganizował. Zanim druga doba wybiła od opuszczenia rodzinnego padołu, jechałem ja już słono opłaconym wierzchem w stronę parku Jelołston, gdzie miałem wybrać dla siebie dorodnego bizona (dał ja w łapę naczelnikowi parku, pieniendzy przelewając internietem – u nich to normalne, nie to co u nas). Przed zmrokiem zajechał ja na miejsce. Konia mnie do wodopoju odstawili, i poszedł ja z naczelnikiem parkowym oglądać epickie bizony. Słońce zaczęło błądzić czerwoną poświatą po malowniczych terenach, a przy tym musiałem słuchać pieprzenia starego naczelnika. Mówił coś, że jest szeryfem w tym hrabstwie od kiedy skończył 25 lat. Trudno w to uwierzyć - mówi. Jego dziadek strzegł prawa. Ojciec też. Byli szeryfami w tym samym czasie. Stary w Plano, a on tutaj. I tak mi napieprza od rzeczy. Ja mówię: „Ed Tom! Kat de bulszit end lec gou!”. On na to: „Sziiijat” i poszliśmy. Otwiera stodołe, a tam... bizon. Mój własny bizon. Wacław mu nadałem i pogłaskałem jak swego. On na mnie spojrzał i z bani przypierdolił, aż się nogami przykryłem. Wstałem po godzinie i popłakałem się ze szczęścia, że takiego jurnego dostałem, co to w polu będzie za trzech opierdalał hektary! Dzień później posłałem go Fedexem do niu jorka skąd na statku „Kasimir Pulaski” za tygodni kilka zjawi się w porcie gdańskim, gdzie ja już z wynajento przyczepką z chlebem i solą czekać będę.

Wybierz się ze mną kumie mój, bo to wiekopomna chwila będzie. Dam znać Ci toć, jak już czas będzie.

Tera trzymaj się ramy i pisz co u Ciebie, bom nowim złakniony!

środa, 22 września 2010

Miecio Kalina - Anatola przykre przypadki


Kumie mój, słuchaj co zacz:

Jaki koń jest, każdy widzi. Nie ma takiego cwaniaka na tym ziemskim padole, co mnie prawdę teł odwieczną odorem zwątpienia przysłoni. Co innego taki ciągnik – koń myślą techniczną przegniły. Owies proszę ja dla Ciebie, bożą strawą jest z pewnością. Ropa taka – to już nie wiem. Niby też z jądra ziemi spękanej wydobyta, co to Boga walcem uformowana, jednak jakoś dla mnie cywilizacyji piętnem jest jebnięta. I już ta prosta dychotomia między naturą a kulturą, determinuje moje poczynania, ba wręcz świata pracy i roli przeklętej, postrzeganie. Nadciągam ja jednak, niech Cię ziewanie nie zmyli, od abstraktu do konkretu, bratku.

Otóż cuś mnie tknęli ranka tydzień wstecz i pół dnia temu. Wstałem jak i co dzień, z pianiem koguta za brat-pan, skręta z domieszką wilczych jagód podjarawszy, w ustęp się udałem. Za stodołą, jak to zwykle dzień w wychodku zaczynałem. Czytam Ci ja w najlepsze opowieści o bohaterze z opolskiego ZWM, i słyszeć poczynam odpalanie ciągnika, nieomylnie. Stukot, warkot... Nie odpalił. Drugi stukot, trzeci warkot – nie odpalił. Gnić zaczynam serdecznie do siebie (cały proces wychodkowy przyśpieszając), że sonsiadowi znowu nie wyjdzie załączanie maszyny piekielnej, Ursusa marką sygnowanej. Zaskoczył jednak motór po chwili i na wysokie obroty wnet zawędrował. I teraz to mnie uśmieszek z twarzy wziął sszet, bom się kapnął, jak rolnik po szkodzie, że bliskość silnikowego popierdywania, dziwnie nadmierna. Toć to mój własny ciągnik przez jakiegoś bęcwała odpalony został! Wybiegam ja rozumisz, bez tyłka papierem przesmarowania, na chłód (toć poranki wrześniowe upałem nie urzekają), i dawaj ryja drzeć! Biegnę na boso, wstępując co raz w kurzymi bobami upstrzone hot spoty. Łzy mnie kapać ze złości zaczynają, bo widzę już „kto”, więc wiem ino „co” się zaraz stanie. Najebany jak szpadel Miecio Kalina popyla w szoferce mego traktora i niechybnie w oborę zaraz przypiździ! Jakem wymyślił, tak on uczynił. Poduszka powietrzna wystrzeliła, Miecio czoło nietknięte zachował i zemdlał wiedziony nadmiarem alkoholu we krwioobiegu.

Traktor... Jedno Ci powiem – do kasacji iść musiał. W życie zwątpiłem. Mieciowi dupsko ogolę jak go gdzie spotkam, namaluję rower, zdjęcia zrobię i na tablicy z ogłoszeniami parafialnymi będę co niedziela w nowej odsłonie publikował. Chuj z zemstą – to topos stary i przenicowany na drugą stronę tyle tysięcy razy, że mnie już kiwnąć palcym na niego się w tej korespondencji nie chce. Powiem Ci ja co innego. Otóż czym ja pole orać będę? Stara moja truskawki zbiera w Laosie, dolary tylko czasem przyśle, toć sam radzić sobie muszę. Chomąta na odległość ma luba nie przywdzieje. Traktor był i nie ma, to nowy kupić trzeba. Czemu jednak ja tego piekielnego, ropą silącego się mechanicznego bękarta, zakupać znów muszę? Sram ja na tę kulturę! Naturę toć wielbię i jej swą pracę podporządkuje! Zara Ci jutro napiszę, com obmyślał, bo w krzyżu mnie łamie i muszę się na grochu na godzinkę położyć...

Anatol wypocił ten wpis ze specjalnymi względami w stronę Kornelii kierowanymi.

środa, 25 sierpnia 2010

Albina sny przeklęte vol. II: gwóźdź Stefan



Ty wiesz, że mie się marzy jeszcze czasami kariera polityczna. Taka w rejonie - nie żeby więcej. I wyobraź sobie znowuż - wybory tej nocy pod mę strzechę łysiejącą zawitały. W końcu nieśmiałość przemogłem i stoję na trybunie, i przemawiam do ludzi. Fela, Tosiek, Antek, siostry Aniela i Anżelika - wszyscy so, cała śmietanka zaświatowska piersze rzędy okupuje. I ja mówię, rozumiesz, a oni się krzywią i krzywią. I krzywią jeszcze. I pytam, za czym się krzywicie? - podejrzewając, że może pierdolę trzy po trzy, bo się i mie przecie to zdarza – wszak stworzenie boże jestem i grzech mie nie obcy. Lecz w końcu czytam z ruchu ich warg pytanie: "Sta ty skazaaal?" Nic nie rozumią. Nic, com rzekł, a ze cztery razy powtórzyłem w czterech rejestrach inteligencji ichniej mój manifest przyszłości. A oni mówią: "Szelest jeno z siebie wydobywasz, a szelest u nas to robota lip i osik polnych"… I wrzucają do uren głosy nie na mnie oddane...

Jest czwartek, gdy piszę te słowa. Anatolu - męki pańskie i porody wszystkie w szpitalu Gąbińskim tak nie bolą jak mie teraz serce boli z przestrachu. I tak zataczam kręgi - rajskie i piekielne, hen w puszcze lat dziecinnych, bo wszystko tak w nocy jak we wspomnieniach ma przecie zwierciadło swe zawsze na podorędziu. A prócz karego zarostu mego jeszcze jeden symbol czasu minionego w snach tych pojawiać się raczy.

Oto gwóźdź rdzawy, długi na dwa palce, który jedyną był moją zabawką aż do wieku lat czterech. Wszędzie z nim chodziłem, Stefanem nazwałem. Z gwoździem Stefanem braterstwo krwi pierwsze zawarłem znakiem czego do dziś jeden mój opuszek fioletem niezdrowym pokryty. To Stefan pomagał mi alfabetu się uczyć, gdy matka zabraniała, a książkę udało mi się z piwnicy wynieść na tyły kurnika. To Stefan w końcu odgrzebał z mroków geologii walizkę przedwojennej dewizy - nadgnitej co prawda i bezużytecznej, od której jednak matka sraczki dostała zupełnej. Wtedy to schudła i po latach znów dupę w pole ruszyła.

Ach te historie... Wszystko to jak austriacki bumerang – przylatuje, a nie odlatuje, jeno w kałuży wspomnień - gdzieś między oczami - odżywa. Nie wiem, czy dobrze to. Wiem jeno, że wąsy me znakiem są zamierzchłej potęgi - młodości naszej, a młodość to potęga największa.

Unoszę w mej lewicy flakon bimbru z zeszłorocznych porzeczek. Niech nam osłodzi wszystkie rzeczy minione!

środa, 18 sierpnia 2010

Albina sny przeklęte vol. I: Wąs kary



Przychodzą niekiedy noce siermiężne, wylewne za sprawą potów i długie przez lęki nieutulone. Piszę te słowa w trwodze, kumie drogi, klucz dzijerżąc w lewicy mej, której próbuję niekiedy przywrócić dawną świetność i piśmienną ją na powrót uczynić. Bezpowrotnie jednak utracona ma leworęczność zdaje się z perspektywy lat faktem tak oczywistym jak to, że kura puszczona samopas w obejście, więcej da jajek niż pięć, choć raz w tygodniu. A klucz dzijerże, bo już i swego cienia pewien nie jestem. Insomnia mie trawi, a rozum niedługo chyba swe podwoje zwinie. Przywidzenia miewam i głosy słyszeć zaczynam, Anatolu! A ty wiesz - znasz mie przecie - że farmazon i foch to dwa zwierzęta mi obce (gdyż siermiężne wychowanie odebrałem: pamiętasz moją kołyskę z jednej sękatej belki wyżłobionej, którą wieczora jednego pijani porąbaliśmy, by ogień utrzymać do rana) i powód musi się kryć za takim stanem rzeczy. I noce me przeklęte niosą, zda się, wyjaśnienie. Lecz czy podobna?

Śniłem Anatolu, o swym karym wąsie i spać nie mogę już czwartą dobę, bo sen jeden zamienił się w cykl. Skutkiem to, jak mniemam, smalcu od Józka wziętego (bo wiesz, że nie lubię jak co na marnację idzie, a ten niemota uraczył mnie słojem smalczyku wczesnowiosennego, pleśnią pewnie podszytego). "Jak się nie ma w głowie, to się ma w nogach", jak mawiał stary Wróblewski i tę jego prawdę spod gruszy w skwar letni głoszoną sprawdzać zaprawdę w tygodniu tym mogę, bo i biegunka straszliwa za dnia, i sny nocą posrane. A oto i one w kolejności od niedzieli.

W pierwszym swym śnie golenie pierwsze przeżywam. Stuknęło mi lat szesnaście i wąs mam już wtedy dorodny. Trzymam brzytwę wuja mego Bartłomieja i uważam, żeby życiem tego razu pierwszego nie przypłacić, a on i matka moja - wyobraź ty sobie kumie - płaczą z tyłu ze śmiechu widząc efekt tej niefortunnej pomyłki natury! I budzę się zlany potem.

We śnie drugim wąs swój odzyskałem, jakim cudem - nie wiem. Ważne, że lepiej mi jakoś na duchu i wstydu przed kurami też nie ma. Zima jest jeno straszliwa i przy robocie przy odkuwaniu kamienia od studni, wąs mie w świetle południa zamarza i gdy akurat kamień, jak ten wierny od grobu pańskiego, odsuwam, by cud wody obaczyć życiodajnej - odrywa się on cały nagle od mej aparycji, w dwóch kawałkach z dwóch stron nosa! i leci w przerębel przeklęty!!! Myślę wtedy, że skonam, bo już kury ciekawskie - te wynalazki szatana, co to na jego polecenie tak srają - łypią na podwórze w sensacji poszukiwaniu...

Za tym sen we wtorek trzeci się objawia. U Feli jestem. Rogal kupuję ziarnisty do komandosa. Stoisz ty, Waćko i pies jego, Szelma. Waćko wpierdala swą gruszkę przejrzałą, Szelma pierdzi w posadzkę i tym jakby zdziwiony, a ty pociągasz już z zielonego szkiełka - i próbuję ja. I bunt! Nie mogę. Pytam: jak? Otóż wąs mie wargi zarósł, szczecina niczym zbroja jeża leśnego, krople przez nią tylko w przełyk mój trafiają pojedyncze, a reszta po mordzie leci jak mleko kwaśne na kacu, gdy ręka nietrzeźwa w mordę jeszcze nie trafia! Laboga, mordęga! I znów się budzę. Wypieki, gardziel sucha. Myślałem, że koniec. We środę zapiłem. A jednak się ten czwarty sen przybłąkał i to taki, co mnie o łzy prawie przyprawił... Myślałem, że sczezne…

Jutro zapodam dla Cię część drugą, ostatnią, wynurzeń o snach mych dzikich.