
Ty wiesz, że mie się marzy jeszcze czasami kariera polityczna. Taka w rejonie - nie żeby więcej. I wyobraź sobie znowuż - wybory tej nocy pod mę strzechę łysiejącą zawitały. W końcu nieśmiałość przemogłem i stoję na trybunie, i przemawiam do ludzi. Fela, Tosiek, Antek, siostry Aniela i Anżelika - wszyscy so, cała śmietanka zaświatowska piersze rzędy okupuje. I ja mówię, rozumiesz, a oni się krzywią i krzywią. I krzywią jeszcze. I pytam, za czym się krzywicie? - podejrzewając, że może pierdolę trzy po trzy, bo się i mie przecie to zdarza – wszak stworzenie boże jestem i grzech mie nie obcy. Lecz w końcu czytam z ruchu ich warg pytanie: "Sta ty skazaaal?" Nic nie rozumią. Nic, com rzekł, a ze cztery razy powtórzyłem w czterech rejestrach inteligencji ichniej mój manifest przyszłości. A oni mówią: "Szelest jeno z siebie wydobywasz, a szelest u nas to robota lip i osik polnych"… I wrzucają do uren głosy nie na mnie oddane...
Jest czwartek, gdy piszę te słowa. Anatolu - męki pańskie i porody wszystkie w szpitalu Gąbińskim tak nie bolą jak mie teraz serce boli z przestrachu. I tak zataczam kręgi - rajskie i piekielne, hen w puszcze lat dziecinnych, bo wszystko tak w nocy jak we wspomnieniach ma przecie zwierciadło swe zawsze na podorędziu. A prócz karego zarostu mego jeszcze jeden symbol czasu minionego w snach tych pojawiać się raczy.
Oto gwóźdź rdzawy, długi na dwa palce, który jedyną był moją zabawką aż do wieku lat czterech. Wszędzie z nim chodziłem, Stefanem nazwałem. Z gwoździem Stefanem braterstwo krwi pierwsze zawarłem znakiem czego do dziś jeden mój opuszek fioletem niezdrowym pokryty. To Stefan pomagał mi alfabetu się uczyć, gdy matka zabraniała, a książkę udało mi się z piwnicy wynieść na tyły kurnika. To Stefan w końcu odgrzebał z mroków geologii walizkę przedwojennej dewizy - nadgnitej co prawda i bezużytecznej, od której jednak matka sraczki dostała zupełnej. Wtedy to schudła i po latach znów dupę w pole ruszyła.
Ach te historie... Wszystko to jak austriacki bumerang – przylatuje, a nie odlatuje, jeno w kałuży wspomnień - gdzieś między oczami - odżywa. Nie wiem, czy dobrze to. Wiem jeno, że wąsy me znakiem są zamierzchłej potęgi - młodości naszej, a młodość to potęga największa.
Unoszę w mej lewicy flakon bimbru z zeszłorocznych porzeczek. Niech nam osłodzi wszystkie rzeczy minione!
