środa, 25 sierpnia 2010

Albina sny przeklęte vol. II: gwóźdź Stefan



Ty wiesz, że mie się marzy jeszcze czasami kariera polityczna. Taka w rejonie - nie żeby więcej. I wyobraź sobie znowuż - wybory tej nocy pod mę strzechę łysiejącą zawitały. W końcu nieśmiałość przemogłem i stoję na trybunie, i przemawiam do ludzi. Fela, Tosiek, Antek, siostry Aniela i Anżelika - wszyscy so, cała śmietanka zaświatowska piersze rzędy okupuje. I ja mówię, rozumiesz, a oni się krzywią i krzywią. I krzywią jeszcze. I pytam, za czym się krzywicie? - podejrzewając, że może pierdolę trzy po trzy, bo się i mie przecie to zdarza – wszak stworzenie boże jestem i grzech mie nie obcy. Lecz w końcu czytam z ruchu ich warg pytanie: "Sta ty skazaaal?" Nic nie rozumią. Nic, com rzekł, a ze cztery razy powtórzyłem w czterech rejestrach inteligencji ichniej mój manifest przyszłości. A oni mówią: "Szelest jeno z siebie wydobywasz, a szelest u nas to robota lip i osik polnych"… I wrzucają do uren głosy nie na mnie oddane...

Jest czwartek, gdy piszę te słowa. Anatolu - męki pańskie i porody wszystkie w szpitalu Gąbińskim tak nie bolą jak mie teraz serce boli z przestrachu. I tak zataczam kręgi - rajskie i piekielne, hen w puszcze lat dziecinnych, bo wszystko tak w nocy jak we wspomnieniach ma przecie zwierciadło swe zawsze na podorędziu. A prócz karego zarostu mego jeszcze jeden symbol czasu minionego w snach tych pojawiać się raczy.

Oto gwóźdź rdzawy, długi na dwa palce, który jedyną był moją zabawką aż do wieku lat czterech. Wszędzie z nim chodziłem, Stefanem nazwałem. Z gwoździem Stefanem braterstwo krwi pierwsze zawarłem znakiem czego do dziś jeden mój opuszek fioletem niezdrowym pokryty. To Stefan pomagał mi alfabetu się uczyć, gdy matka zabraniała, a książkę udało mi się z piwnicy wynieść na tyły kurnika. To Stefan w końcu odgrzebał z mroków geologii walizkę przedwojennej dewizy - nadgnitej co prawda i bezużytecznej, od której jednak matka sraczki dostała zupełnej. Wtedy to schudła i po latach znów dupę w pole ruszyła.

Ach te historie... Wszystko to jak austriacki bumerang – przylatuje, a nie odlatuje, jeno w kałuży wspomnień - gdzieś między oczami - odżywa. Nie wiem, czy dobrze to. Wiem jeno, że wąsy me znakiem są zamierzchłej potęgi - młodości naszej, a młodość to potęga największa.

Unoszę w mej lewicy flakon bimbru z zeszłorocznych porzeczek. Niech nam osłodzi wszystkie rzeczy minione!

środa, 18 sierpnia 2010

Albina sny przeklęte vol. I: Wąs kary



Przychodzą niekiedy noce siermiężne, wylewne za sprawą potów i długie przez lęki nieutulone. Piszę te słowa w trwodze, kumie drogi, klucz dzijerżąc w lewicy mej, której próbuję niekiedy przywrócić dawną świetność i piśmienną ją na powrót uczynić. Bezpowrotnie jednak utracona ma leworęczność zdaje się z perspektywy lat faktem tak oczywistym jak to, że kura puszczona samopas w obejście, więcej da jajek niż pięć, choć raz w tygodniu. A klucz dzijerże, bo już i swego cienia pewien nie jestem. Insomnia mie trawi, a rozum niedługo chyba swe podwoje zwinie. Przywidzenia miewam i głosy słyszeć zaczynam, Anatolu! A ty wiesz - znasz mie przecie - że farmazon i foch to dwa zwierzęta mi obce (gdyż siermiężne wychowanie odebrałem: pamiętasz moją kołyskę z jednej sękatej belki wyżłobionej, którą wieczora jednego pijani porąbaliśmy, by ogień utrzymać do rana) i powód musi się kryć za takim stanem rzeczy. I noce me przeklęte niosą, zda się, wyjaśnienie. Lecz czy podobna?

Śniłem Anatolu, o swym karym wąsie i spać nie mogę już czwartą dobę, bo sen jeden zamienił się w cykl. Skutkiem to, jak mniemam, smalcu od Józka wziętego (bo wiesz, że nie lubię jak co na marnację idzie, a ten niemota uraczył mnie słojem smalczyku wczesnowiosennego, pleśnią pewnie podszytego). "Jak się nie ma w głowie, to się ma w nogach", jak mawiał stary Wróblewski i tę jego prawdę spod gruszy w skwar letni głoszoną sprawdzać zaprawdę w tygodniu tym mogę, bo i biegunka straszliwa za dnia, i sny nocą posrane. A oto i one w kolejności od niedzieli.

W pierwszym swym śnie golenie pierwsze przeżywam. Stuknęło mi lat szesnaście i wąs mam już wtedy dorodny. Trzymam brzytwę wuja mego Bartłomieja i uważam, żeby życiem tego razu pierwszego nie przypłacić, a on i matka moja - wyobraź ty sobie kumie - płaczą z tyłu ze śmiechu widząc efekt tej niefortunnej pomyłki natury! I budzę się zlany potem.

We śnie drugim wąs swój odzyskałem, jakim cudem - nie wiem. Ważne, że lepiej mi jakoś na duchu i wstydu przed kurami też nie ma. Zima jest jeno straszliwa i przy robocie przy odkuwaniu kamienia od studni, wąs mie w świetle południa zamarza i gdy akurat kamień, jak ten wierny od grobu pańskiego, odsuwam, by cud wody obaczyć życiodajnej - odrywa się on cały nagle od mej aparycji, w dwóch kawałkach z dwóch stron nosa! i leci w przerębel przeklęty!!! Myślę wtedy, że skonam, bo już kury ciekawskie - te wynalazki szatana, co to na jego polecenie tak srają - łypią na podwórze w sensacji poszukiwaniu...

Za tym sen we wtorek trzeci się objawia. U Feli jestem. Rogal kupuję ziarnisty do komandosa. Stoisz ty, Waćko i pies jego, Szelma. Waćko wpierdala swą gruszkę przejrzałą, Szelma pierdzi w posadzkę i tym jakby zdziwiony, a ty pociągasz już z zielonego szkiełka - i próbuję ja. I bunt! Nie mogę. Pytam: jak? Otóż wąs mie wargi zarósł, szczecina niczym zbroja jeża leśnego, krople przez nią tylko w przełyk mój trafiają pojedyncze, a reszta po mordzie leci jak mleko kwaśne na kacu, gdy ręka nietrzeźwa w mordę jeszcze nie trafia! Laboga, mordęga! I znów się budzę. Wypieki, gardziel sucha. Myślałem, że koniec. We środę zapiłem. A jednak się ten czwarty sen przybłąkał i to taki, co mnie o łzy prawie przyprawił... Myślałem, że sczezne…

Jutro zapodam dla Cię część drugą, ostatnią, wynurzeń o snach mych dzikich.