wtorek, 25 maja 2010

Eyjafjoell i zbzikowane krasule



Witam Cię koleżko w ten dzień pochmurny, majową zdradą podszyty!

Choć wielu zdarzeń pamięć ma nie pochłonęła tamtego stypowego dnia, to jeno pewien jestem imienia męża, który tę flaszkię duszkiem ciągnął. Toż to Waćko, głupek nasz wioskowy! Nie pierszy taki wyczyn to był w jego bujnej i pełnej czynów heroicznych, karierze. Za każdym razem w drodze do remizy, gdzie zajęcia szkolne odbywać nam przyszło, bądź z niej na powrót, Waćka rower jaki musiał pokiereszować. Chodził on gówniarz, patalogia jedna, zygzakiem, od boku do boku naszego szutrowego traktu. Podobno miał ciotkę w Stanach, co mu regularnie w paczce Polamerem słanej, podsyłała benzedrynę, a także różnorakie psychodeliczne substancje psychoaktywne. W czasach podstawówkowej edukacyji, grzał jednak Wacek przede wszystkiem eter i stąd ta jego nieporadność w terenie i rowerowe przypadki. Wódka się zaczęła, gdy ciotka marnym kursem doliara spowodowana, zjechała na rubieże północno-wschodnie. Nie było skąd wziąć przysmaków Wackowi, więc podobnież eksperymenty z Vibovitem i dietyloaminą prowadził, lecz ostatecznie fiasko go zastało i ku starej polskiej tradycji się skłonił. Pozdrowić Cię kazał siarczyście i zapowiada się w Twe progi do Zaświatowa, wraz z porankiem Matki Boskiej Zielnej.

Z innej beczki pociągnąć tu trzeba, kumie mój najmilszy.

Powiem Ci ja, że nie mogę już wprost wytrzymać z tym wulkanem przeklętym, co go gdzieś w zimnym kraju wygrzmociło w nieboskłon. Przez tego fabulona abstrakcyjnej, tiliwizyjnej rzeczywistości, mam kolejne problemy z inwentarzem obejścia. Ledwie pazury mojej kurze ostygły, a tu krowy mleka dawać nie chcą, ino durne harce im w głowie. Biere ja rozumisz, któregoś dnia szuflę do śniegu i dawaj uprzątam podwórze z kup krasulich. Zazwyczaj w tych momentach patrzą się one na mnie z wyrzutem jakbym okradał ich matki z czego drogocennego. Tym razem wzrok unoszę, wiedziony przeczuciem deficytu normalności w powietrzu. Zbladłem, bo widzę, że ni jedna krowa okiem kusym na mnie nie łypie. Rzuciłem szuflę wpizdu, przy okazji ciepłym jeszcze plackiem klamkę do chlewu obryzgując. Machłem dłonią póki co, bo ważniejszy kazus już wietrzę. Ucieczkę jałówek niewdzięcznych! Biegnę za stodołę. Wychylam się zza winkla, a tu są! Wszystkie siedem mych krów-buców! Cztery stoją, tworząc niby kwadrat – pyskiem jedna tyka dupsko kolejnej. Figura doskonała, zawodowa, rzekłbym. Na ich grzbietach, na kończynach swych tylnych, stoją trzy kolejne, wyprostowane jak strzały. Łączą się kopytami w górze i na muczenie je wzięło. Jake zaczeły swój śpiew, byk mój Stiepan (wcześniej go widać nie było) wyskoczył ze środka tej piramidy ku górze. Wzbił się w powietrze i opadając krzyknął: „Jam jest Eyjafjoell i mścić się na żelaznych ptakach będę!” Ot, bycza niespodzianka!

Pogubiłem klepki wszystkie i zemdleć mi przyszło. Obudziłem się w łóżku, przykryty kocem. Podnosząc się, spojrzałem w okno i ujrzałem Stiepana oblicze. Mrugnął do mnie i w krowich podskokach niemrawych, pobiegł przez podwórze do obory.

O egzegiezę proszę Cię stary, bo nie wiem, co myśleć.

Twój A.

czwartek, 13 maja 2010

Strzała Zulusa


Mój Drogi,

Wspomnień niewiele. Czytam twój list okiem jeno cyklopim, bo prawe mi nie działa po wsadzeniu weń kciuka w momencie pomroczności pełnej. Świat prawobiegunowy za tym się rozlewa i jak barka węglowa po szkockich kanałach w nieznanej mgle brodzi. „Lejzi aj”, jak sam rzekłeś, żegnając mnie na peronie, co prawie życiem przypłaciłem, pod pociąg wpadając, dowcipem twym pijackim rażony.

Jeśli cokolwiek z podróży pamiętam powrotnej, która mnie przedwczoraj do listu twego przywiodła, to brudne wstęgi żelaznych torów i puste butelki po gorzale miejscowej na stacjach pośrednich w liczbie siedemnastu, między Wierzchlesiem a Zaświatowem moim. Kurwa, Anatolu, morze widziałem! Ale nie każ mie mówić jak i którędy, bo nic ci pewnego rzec nie potrafię. Jeno obrazek niewyraźny czasami mi się z pamięci wyłania, w którym widzę lecącego bociana. Leżę na weznak w jakiej przyczepie – chyba pod Koninem – hiczhajking uprawiając – i widzę, jak leci w przestworza, hen nad granie nizinnych puszcz. Ale bocian to niezwyczajny, bo koślawy w locie, jakby ciągle na lewo zlatywał (albo na prawo – bo kierunków świata pomny nie byłem). I wnet! Bocian ku mnie się zniża. Myślę: „osra”, potem: „oszcza”, jeszcze po chwili: „toć bocian nie osra, choć Polak”. I rację miałem, bo zaraz odgadłem, skąd ci on traci wysokość. Strzała mu lewe (albo prawe) skrzydło przebiła! Strzała Zulusa, plemieńca z czarnej Afryki! Jak boga kocham (a nie kocham za bardzo, złe porównanie lecz korektor wyschnął na słońcu) widzę te włosie czerwone, malowane, grot z jakiego drzewa, czarna ci ona na dwóch końcach kija i trzeźwieję jak jeden mąż, choć świadomość na tysiące rozbita… Więc tak to jest czwartego dnia kaca, że się doświadczenia absolutu doznaje i palerele wszechświatów widzi w jedności. Byłem jak ten ptak biały z czerwonymi nogi i czarnymi lotki, ranny, a podróżujący, zmęczony, a w ruchu ku domowi jednostajny i niezwyciężony – jakeśmy obaj byli niezwyciężeni w opłakiwaniu kury twojej w to przedwiośnie tak długo, z pokorą wyczekiwane po zimie.

Rady Twe przybywają mie w odsiecz niczym Merkurego w sandałach opowieści o rychłym powstaniu człowieka – do pracy i sobót przy grillu.

Posskriptum:
Dwadzieścia dwie godziny przespałem i dwa razy mie urząd pocztowy wtenczas zamknęli, za czym wysyłam to dzisiaj dopiero.

Posskriptum dwa:
Jak było temu chłopu, co to z nami o zakład pewny poszedł, że flaszkę z gwinta duszkiem wydudni i stać przez siedem sekund będzie wśród żywych? Dopił do połówki, jeśli mnie pamięć nie myli.

Twój Albin.

piątek, 7 maja 2010

Cwaniakowanie po stypie


Drogi kumie mój, najdroższy!

Cóżem uczynił światu temu, że mię skazać postanowił na cierpienie wszeteczne? Odejście nielota tak nagle spadłym soplem przesądzone, okazało się karą za mój żywot zbyt lichą! Oto dzień już drugi po stypie dojść do siebie nie mogę, wiedziony głowy pękaniem i poczuciem winy, żem się najebał tak niemiłosiernie. Siedzę, rozumisz kumie, w kącie izby skulony, niepewny czy ściany krzywdę chcą mię uczynić, pocę się na każdy szmer gdzieś na strychu. Czy to myszy harcują czy czart próbuje o zawał mięśnia sercowego mię przyprawić, by potem pożreć me ciało i trawiąc do piekła sprowadzić? Nic to, wiesz jeno sam dobrze, że nieraz na ciężkim kacu człowiek delikatny i wrażliwy jak komar, a i tak samo bezbronny jak te plugawe owadzisko, gdy siedzi na paluchu i krew słodziuchną spija w najlepsze. Inna rzecz, obok otwartości emocjonalnej nadmiernej, kaca stan określające, jest bez wątpienia „cwaniakowanie na kacu”. Przez mą prababkę marka to wymyślona, na uczczenie terminologiczne kuksańca szafką zadanego sobie samemu w czoło przez pradziadka mojego, w czasie przesilenia poalkoholowego. Sprawa ma się tak: masz kaca? Siedź w domu i się nie ruszaj. Trwaj na posterunku swego bezpieczeństwa bezczynnie, niczym Żyd przestrzegający nakazów Szabasu. Powiem Ci ja, i to nie przesada - każda czynność jaką wykonasz grozi urazem, kalectwem, a nawet, że i zgonem z miejsca! „Cwaniakowaniem na kacu” jest ino wszystko. Tak! Każda czynność to wtedy cwaniactwo, buta i brawura skierowana Tanatosa w nas zakorzenionym pędem do śmierci. Abyś słów mych bez serca nie traktował, dam ja parę przykładów z egzystencji swych wydestylowanych:

- Po najpierwsze, nie zostawiaj na gazie, ni na piecu drewnem opalanym, żadnej strawy, broń Boże! Kluski fusate wąs zapuszczą tak ciemny, że nie znajdziesz w jego gąszczu nic, co mógłbyś zjeść. Zapomnij o pichceniu, bo zaśniesz naprędce – a dobrze jak chata nie spłonie!

- Po drugie, jak kaca na zimnie znosisz, nie pakuj Ty zadka do samochodu celem odpalenia motoru i zagrzania skostniałych łap i kulasów. Zaśniesz i benzynę caluśką wypizdrzysz! Do domu nie wrócisz, zmarźniesz, zczeźniesz!

- Po trzecie, przed zakrapianiem srogim dzień wcześniej zaopatrz się w papier toaletowy, bo jak poranne trawienia skutki pogonią w ustęp, ostaniesz się tylko z własnymi dłońmi swemi!

- Po czwarte, jak babę masz w domu, połóż się krzyżem dzień przed libacją i przeproś siarczyście za to, co wyczyniać Ci przyjdzie dnia następnego! Może unikniesz babskiego łomotu. Mnie wpierdol ongiś spuściła luba, co łapy miała jak bochny. Opuchlizna mnie z ryja dwie niedziele nie zeszła!

- Po piątę, najdroższy, zarygluj drzwi i połknij klucz, który wydalić Ci przyjdzie już postkacum i wyjdziesz na luzie z chałupy. Kędy nie uczynisz tego przykazania, byle listonosz przyjdzie Ci chatę opierdzieli, a Ty chrapać będziesz, jeno powietrze zamieniając sukcesywnie w roztwór procentami nasycony.

Nadzieja ma w tym, że przetrwasz to wszystko, choć optymista to ja nie jestem, wiedząc ileś przy stole wypoił. Pisz bratku, jakie ze stypy wspomnienia ugrzęzły w jaźni Twej szlachetnej!