poniedziałek, 11 października 2010

Bizońskie marzenia z kraju Indian


Mordunio moja ty anatolijska!

Przeprosić mnie Ciebie przychodzi najwsampierw tego listeczka. Przepraszam za korpsy w odpowiedzi na moje własne zaczepienie, że niedługo napiszę co żem obmyślił. Zanim zasiadłem do klawiatury swego cyfrowego rumaka dnia następującego po poprzednim wtedy, usłyszałem ja w eterze radiowym o promocji na tikety do Stanów, więc zamist gdakać, działać począłem. Nim się obejrzałem (zawsze się oglądam po spacerze, czy gdzie klieszcz się nie napatoczył), siedziałem już w kapeluszu i kufajce na pokładzie samolota mknącego przez nieboskłon nad Atlantykiem. W tym momencie już słowo wyjaśnienia mej bystrej jak woda w klozecie decyzji, należy się niezłomnie. Pamiętasz jakem pisał o zwątpieniu w ciągniki chalierne? Natury mi się zachciało i marzenie dziecięce ziścić żem pomyślał. Rebus zarzucę z zamachem: Co to jest? Ciągnik+pole+wypadek+rozczarowanie+wywrotowy świata pogląd=pole/rolnik/love bizon. Rozumiesz? Nie? No dobra, to słów kilka, co by tylko oni nie ponieśli te słowa wilka...

Bizon. Bizon i to wcale nie kombajn nasz krajowy, tylko ssak rozumiesz lądowy, amerykański. Takim to sprzętem teraz będę orał pole w porę. Oglądałem kiedyś dokumentalny utwór filmowy, w którym jak czarne na białym, jak jajko w skorupce, jak bimber pod gruszą, Indianin w rezerwacie orał polę za pan brat bizonem. A zwierzak szczęśliwy był, fiu fiu! Aż nóżkami wierzgał z radości, a jak leżał wygrzewając się w słońcu, to kopytka ze szczęścia zacierał! Wtedy w moim czerepie zrodziło się marzenie, pragnienie niezmierne, ażeby posiąść na własność takiego oto bizona, co by nie tylko ze mną jak z bratem po polu zapieprzał, ale i konie sąsiadów z równowagi wytrancał. A co się dzieje z marzeniami? Albo czezną obsrane przez rzeczywistość, co to ani Boga w sercu nie ma, ani szatana się nie boi, albo ziścić się mogą upartym duchem właściciela wiedzione! Oto ja, uparty buc, bizona do kochanej Polszy doprowadzę!

Wylądował ja rozumiesz na kenedim w niu jorku, a stamtąd za chwilę przesiadka do Denwer mnie przygarnęła. Nie pierwszy raz ja w trasie lotniczej funkcjonował, jak wiesz, a i w językach tego świata nie ciemny, bezprobliemowo wszystko sobie zorganizował. Zanim druga doba wybiła od opuszczenia rodzinnego padołu, jechałem ja już słono opłaconym wierzchem w stronę parku Jelołston, gdzie miałem wybrać dla siebie dorodnego bizona (dał ja w łapę naczelnikowi parku, pieniendzy przelewając internietem – u nich to normalne, nie to co u nas). Przed zmrokiem zajechał ja na miejsce. Konia mnie do wodopoju odstawili, i poszedł ja z naczelnikiem parkowym oglądać epickie bizony. Słońce zaczęło błądzić czerwoną poświatą po malowniczych terenach, a przy tym musiałem słuchać pieprzenia starego naczelnika. Mówił coś, że jest szeryfem w tym hrabstwie od kiedy skończył 25 lat. Trudno w to uwierzyć - mówi. Jego dziadek strzegł prawa. Ojciec też. Byli szeryfami w tym samym czasie. Stary w Plano, a on tutaj. I tak mi napieprza od rzeczy. Ja mówię: „Ed Tom! Kat de bulszit end lec gou!”. On na to: „Sziiijat” i poszliśmy. Otwiera stodołe, a tam... bizon. Mój własny bizon. Wacław mu nadałem i pogłaskałem jak swego. On na mnie spojrzał i z bani przypierdolił, aż się nogami przykryłem. Wstałem po godzinie i popłakałem się ze szczęścia, że takiego jurnego dostałem, co to w polu będzie za trzech opierdalał hektary! Dzień później posłałem go Fedexem do niu jorka skąd na statku „Kasimir Pulaski” za tygodni kilka zjawi się w porcie gdańskim, gdzie ja już z wynajento przyczepką z chlebem i solą czekać będę.

Wybierz się ze mną kumie mój, bo to wiekopomna chwila będzie. Dam znać Ci toć, jak już czas będzie.

Tera trzymaj się ramy i pisz co u Ciebie, bom nowim złakniony!

środa, 22 września 2010

Miecio Kalina - Anatola przykre przypadki


Kumie mój, słuchaj co zacz:

Jaki koń jest, każdy widzi. Nie ma takiego cwaniaka na tym ziemskim padole, co mnie prawdę teł odwieczną odorem zwątpienia przysłoni. Co innego taki ciągnik – koń myślą techniczną przegniły. Owies proszę ja dla Ciebie, bożą strawą jest z pewnością. Ropa taka – to już nie wiem. Niby też z jądra ziemi spękanej wydobyta, co to Boga walcem uformowana, jednak jakoś dla mnie cywilizacyji piętnem jest jebnięta. I już ta prosta dychotomia między naturą a kulturą, determinuje moje poczynania, ba wręcz świata pracy i roli przeklętej, postrzeganie. Nadciągam ja jednak, niech Cię ziewanie nie zmyli, od abstraktu do konkretu, bratku.

Otóż cuś mnie tknęli ranka tydzień wstecz i pół dnia temu. Wstałem jak i co dzień, z pianiem koguta za brat-pan, skręta z domieszką wilczych jagód podjarawszy, w ustęp się udałem. Za stodołą, jak to zwykle dzień w wychodku zaczynałem. Czytam Ci ja w najlepsze opowieści o bohaterze z opolskiego ZWM, i słyszeć poczynam odpalanie ciągnika, nieomylnie. Stukot, warkot... Nie odpalił. Drugi stukot, trzeci warkot – nie odpalił. Gnić zaczynam serdecznie do siebie (cały proces wychodkowy przyśpieszając), że sonsiadowi znowu nie wyjdzie załączanie maszyny piekielnej, Ursusa marką sygnowanej. Zaskoczył jednak motór po chwili i na wysokie obroty wnet zawędrował. I teraz to mnie uśmieszek z twarzy wziął sszet, bom się kapnął, jak rolnik po szkodzie, że bliskość silnikowego popierdywania, dziwnie nadmierna. Toć to mój własny ciągnik przez jakiegoś bęcwała odpalony został! Wybiegam ja rozumisz, bez tyłka papierem przesmarowania, na chłód (toć poranki wrześniowe upałem nie urzekają), i dawaj ryja drzeć! Biegnę na boso, wstępując co raz w kurzymi bobami upstrzone hot spoty. Łzy mnie kapać ze złości zaczynają, bo widzę już „kto”, więc wiem ino „co” się zaraz stanie. Najebany jak szpadel Miecio Kalina popyla w szoferce mego traktora i niechybnie w oborę zaraz przypiździ! Jakem wymyślił, tak on uczynił. Poduszka powietrzna wystrzeliła, Miecio czoło nietknięte zachował i zemdlał wiedziony nadmiarem alkoholu we krwioobiegu.

Traktor... Jedno Ci powiem – do kasacji iść musiał. W życie zwątpiłem. Mieciowi dupsko ogolę jak go gdzie spotkam, namaluję rower, zdjęcia zrobię i na tablicy z ogłoszeniami parafialnymi będę co niedziela w nowej odsłonie publikował. Chuj z zemstą – to topos stary i przenicowany na drugą stronę tyle tysięcy razy, że mnie już kiwnąć palcym na niego się w tej korespondencji nie chce. Powiem Ci ja co innego. Otóż czym ja pole orać będę? Stara moja truskawki zbiera w Laosie, dolary tylko czasem przyśle, toć sam radzić sobie muszę. Chomąta na odległość ma luba nie przywdzieje. Traktor był i nie ma, to nowy kupić trzeba. Czemu jednak ja tego piekielnego, ropą silącego się mechanicznego bękarta, zakupać znów muszę? Sram ja na tę kulturę! Naturę toć wielbię i jej swą pracę podporządkuje! Zara Ci jutro napiszę, com obmyślał, bo w krzyżu mnie łamie i muszę się na grochu na godzinkę położyć...

Anatol wypocił ten wpis ze specjalnymi względami w stronę Kornelii kierowanymi.

środa, 25 sierpnia 2010

Albina sny przeklęte vol. II: gwóźdź Stefan



Ty wiesz, że mie się marzy jeszcze czasami kariera polityczna. Taka w rejonie - nie żeby więcej. I wyobraź sobie znowuż - wybory tej nocy pod mę strzechę łysiejącą zawitały. W końcu nieśmiałość przemogłem i stoję na trybunie, i przemawiam do ludzi. Fela, Tosiek, Antek, siostry Aniela i Anżelika - wszyscy so, cała śmietanka zaświatowska piersze rzędy okupuje. I ja mówię, rozumiesz, a oni się krzywią i krzywią. I krzywią jeszcze. I pytam, za czym się krzywicie? - podejrzewając, że może pierdolę trzy po trzy, bo się i mie przecie to zdarza – wszak stworzenie boże jestem i grzech mie nie obcy. Lecz w końcu czytam z ruchu ich warg pytanie: "Sta ty skazaaal?" Nic nie rozumią. Nic, com rzekł, a ze cztery razy powtórzyłem w czterech rejestrach inteligencji ichniej mój manifest przyszłości. A oni mówią: "Szelest jeno z siebie wydobywasz, a szelest u nas to robota lip i osik polnych"… I wrzucają do uren głosy nie na mnie oddane...

Jest czwartek, gdy piszę te słowa. Anatolu - męki pańskie i porody wszystkie w szpitalu Gąbińskim tak nie bolą jak mie teraz serce boli z przestrachu. I tak zataczam kręgi - rajskie i piekielne, hen w puszcze lat dziecinnych, bo wszystko tak w nocy jak we wspomnieniach ma przecie zwierciadło swe zawsze na podorędziu. A prócz karego zarostu mego jeszcze jeden symbol czasu minionego w snach tych pojawiać się raczy.

Oto gwóźdź rdzawy, długi na dwa palce, który jedyną był moją zabawką aż do wieku lat czterech. Wszędzie z nim chodziłem, Stefanem nazwałem. Z gwoździem Stefanem braterstwo krwi pierwsze zawarłem znakiem czego do dziś jeden mój opuszek fioletem niezdrowym pokryty. To Stefan pomagał mi alfabetu się uczyć, gdy matka zabraniała, a książkę udało mi się z piwnicy wynieść na tyły kurnika. To Stefan w końcu odgrzebał z mroków geologii walizkę przedwojennej dewizy - nadgnitej co prawda i bezużytecznej, od której jednak matka sraczki dostała zupełnej. Wtedy to schudła i po latach znów dupę w pole ruszyła.

Ach te historie... Wszystko to jak austriacki bumerang – przylatuje, a nie odlatuje, jeno w kałuży wspomnień - gdzieś między oczami - odżywa. Nie wiem, czy dobrze to. Wiem jeno, że wąsy me znakiem są zamierzchłej potęgi - młodości naszej, a młodość to potęga największa.

Unoszę w mej lewicy flakon bimbru z zeszłorocznych porzeczek. Niech nam osłodzi wszystkie rzeczy minione!

środa, 18 sierpnia 2010

Albina sny przeklęte vol. I: Wąs kary



Przychodzą niekiedy noce siermiężne, wylewne za sprawą potów i długie przez lęki nieutulone. Piszę te słowa w trwodze, kumie drogi, klucz dzijerżąc w lewicy mej, której próbuję niekiedy przywrócić dawną świetność i piśmienną ją na powrót uczynić. Bezpowrotnie jednak utracona ma leworęczność zdaje się z perspektywy lat faktem tak oczywistym jak to, że kura puszczona samopas w obejście, więcej da jajek niż pięć, choć raz w tygodniu. A klucz dzijerże, bo już i swego cienia pewien nie jestem. Insomnia mie trawi, a rozum niedługo chyba swe podwoje zwinie. Przywidzenia miewam i głosy słyszeć zaczynam, Anatolu! A ty wiesz - znasz mie przecie - że farmazon i foch to dwa zwierzęta mi obce (gdyż siermiężne wychowanie odebrałem: pamiętasz moją kołyskę z jednej sękatej belki wyżłobionej, którą wieczora jednego pijani porąbaliśmy, by ogień utrzymać do rana) i powód musi się kryć za takim stanem rzeczy. I noce me przeklęte niosą, zda się, wyjaśnienie. Lecz czy podobna?

Śniłem Anatolu, o swym karym wąsie i spać nie mogę już czwartą dobę, bo sen jeden zamienił się w cykl. Skutkiem to, jak mniemam, smalcu od Józka wziętego (bo wiesz, że nie lubię jak co na marnację idzie, a ten niemota uraczył mnie słojem smalczyku wczesnowiosennego, pleśnią pewnie podszytego). "Jak się nie ma w głowie, to się ma w nogach", jak mawiał stary Wróblewski i tę jego prawdę spod gruszy w skwar letni głoszoną sprawdzać zaprawdę w tygodniu tym mogę, bo i biegunka straszliwa za dnia, i sny nocą posrane. A oto i one w kolejności od niedzieli.

W pierwszym swym śnie golenie pierwsze przeżywam. Stuknęło mi lat szesnaście i wąs mam już wtedy dorodny. Trzymam brzytwę wuja mego Bartłomieja i uważam, żeby życiem tego razu pierwszego nie przypłacić, a on i matka moja - wyobraź ty sobie kumie - płaczą z tyłu ze śmiechu widząc efekt tej niefortunnej pomyłki natury! I budzę się zlany potem.

We śnie drugim wąs swój odzyskałem, jakim cudem - nie wiem. Ważne, że lepiej mi jakoś na duchu i wstydu przed kurami też nie ma. Zima jest jeno straszliwa i przy robocie przy odkuwaniu kamienia od studni, wąs mie w świetle południa zamarza i gdy akurat kamień, jak ten wierny od grobu pańskiego, odsuwam, by cud wody obaczyć życiodajnej - odrywa się on cały nagle od mej aparycji, w dwóch kawałkach z dwóch stron nosa! i leci w przerębel przeklęty!!! Myślę wtedy, że skonam, bo już kury ciekawskie - te wynalazki szatana, co to na jego polecenie tak srają - łypią na podwórze w sensacji poszukiwaniu...

Za tym sen we wtorek trzeci się objawia. U Feli jestem. Rogal kupuję ziarnisty do komandosa. Stoisz ty, Waćko i pies jego, Szelma. Waćko wpierdala swą gruszkę przejrzałą, Szelma pierdzi w posadzkę i tym jakby zdziwiony, a ty pociągasz już z zielonego szkiełka - i próbuję ja. I bunt! Nie mogę. Pytam: jak? Otóż wąs mie wargi zarósł, szczecina niczym zbroja jeża leśnego, krople przez nią tylko w przełyk mój trafiają pojedyncze, a reszta po mordzie leci jak mleko kwaśne na kacu, gdy ręka nietrzeźwa w mordę jeszcze nie trafia! Laboga, mordęga! I znów się budzę. Wypieki, gardziel sucha. Myślałem, że koniec. We środę zapiłem. A jednak się ten czwarty sen przybłąkał i to taki, co mnie o łzy prawie przyprawił... Myślałem, że sczezne…

Jutro zapodam dla Cię część drugą, ostatnią, wynurzeń o snach mych dzikich.

sobota, 5 czerwca 2010

Święte dobrodziejstwo inwentarza


Chwalcie łąki umajone! Anatol, czyś ty nie epileptyk przypadkiem? Taka ci historyja w Petjerburgie warta z miliony kopiejek, a rubel mocniejszy jak hrywna przecie. Nad wydaniem twych dzieł pomyślim chyba niedługo, jeno skupiaj się co rano na sraczu lub w polu i produkuj wśród bulw niewyrodnych podobne rzeczy! Bo oto co widzę ja, który zna cie jak robak jabłko robaczywe.

Przypomnij sobie świat dżungli wietnamskiej. Przypomnij świat kansaskiej równiny i doświadczenie prowincji pośród bagien Luizjany. Czy twoje przeżycia z tamtych dni nie wracają tutaj aby rikoszetą? Czy to nie deżawu doświadczasz, snu jawnego czyli? Czy pod podszewkę spódnicy światu nie zaglądasz, bo jego mechanizmy bezecne pojmować na powrót zaczynasz? Świat jest jak japońskie seppuku, które trudno rozwiązać, ale wynik z końcem działania jest jasny i ten sam od zawsze.
Opis wydarzenia, w które w zakresie obcowania z inwentarzem twem weszłeś, da się zrozumieć metodą psychiczną, wkraczając w mózg – zdezelowany ten kłąb emocji twoich, co do których żeśmy się zgodzili Kurę opłakując, iż wyglądają przed wszystkiem jak wizje postkacum.

Zaprawdę, Anatolu, to coś widział za stodołą swoją to graf świata w całym jego hipnotycznym kanale, gdzie złudzenia opuszczają eremitę wobec samotności jego pełnej w obliczu absolutu. Życie twe snem jest, mrocznym jak koszmar i ożywczym zarazem jak popołudniowa drzemka pod gruszą z browarem u boku. A kiedy już to pojąłeś słowa me odczytując to zrazu zda ci się egzegjeza prościejsza. Przesljedźmyż zatem, co było…

Kilka jest w tej analizie odczynników stałych: 1) szufla 2) krowa 3) placek 4) spojrzenie z ukosa. Szufla od zgarniania to ramię twe szlachetne, a jej komora symbolizuję dłoń twą z nadgarstkiem, flaszkę dzierżącą. Zważ, że krów naliczyłeś w swych podwojach siedem, w związku z czem szufla komorę z wódko czysto o pojemności 0,7 prjedstawlja, której nie inne twa prababka imię przydała jak „krowa” właśnie, a ściślej – wtedy jeszcze, pod zabory – „krasula”, jeśli mie tylko pamięć opowieści nie myli. Siódemka więc jako miara podstawowa określająca byt człeka w świecie tu stoi. Jednakowoż idźmy dalej za wyziewami twej siatkówki rozmytej i wyobraźni, co najwyraźniej tamtego ranka poroniła… Krowa poza liczbą i świętość reprezentuje, ale nie ministrancką, naszą, jeno głębszą, jak ze studni woda, co ją z durszlaka o północy poniekiedy chłepcesz, gdy zgryzoty pijackie dopieką. A świętość krowia w tym jest, że wymiona jej panaceum na kaca dzierżo w swych strzykach. A świętość placka jej w tym jest, że źródłem jest ciepła pod piecem, gdy zimą w kuchni żaru zabraknie lub ręki od metalu odmarzno. (A metal w zimie to gorzej jak w śniegu boso stąpać po polach, bo to myśli człek, że palcy urwie i tylko łzy po twarzy ciekną z niemocy pełnej. Tak i mój dziad ponoć wojnę przeżył: grudnia ‘43 Niemiec prowadził i zabić chciał, a przeklął jeno, bo nie mógł swego handgranate unieść i dziadek spierdolił wzdłuż Narwii w step podlaski.)

Tak więc sprawunki twe przy inwentarzu, owszem, zacne i wczas były podjęte, jeno muszę ci ja powiedzieć jawnie w kartkę i kałamarz, że krowy twe odgadują cie chyba niekiedy, bo jeśli gówno im zabierasz to, w rzeczy samej, one jak święty swój dobytek je traktują – i twój! Oj, pamięć twa krótka, zaniemogła po kurze wyraźnie i czas się już chyba otrząsnąć. Pamiętaj też, żeś swe krowy z Kaszmiru przypędził nad Narwię i w krwi, i w mleku ichnim niekiedy jeszcze himalajskie krążą legendy. A tam to krowa sra gdzie chce i co chce świętym wtedy czyni.

Na koniec spojrzenia z ukosa są więc podsumowaniem i niczym oko proroka wschodniego od zła cię chronią i martwić nie powinieneś się wcale. Sjepan swoje wie i jemu w sprawach gospodarstwa wolne kopyto pozostaw. Jeno sprawdzić ci może zalecę, żebyś zbadał, czy ci twój buhaj dorodny kabla jakiego do stodoły nie poprowadził, bo figura ich cyrkowa jak żywo z cyrku chińskiego zawzięta, co czasem to i jeszcze w tym telewizjorze pokażo z pomysłu braku zupełnego. Rzekłbyś – jak ten niezguła Waćko, co pomysłem jeno sobie zawsze tylko do kostek sięga.

Oj, masljanka czeka. Kończę, bądź zdrowy.
Twój Albin

wtorek, 25 maja 2010

Eyjafjoell i zbzikowane krasule



Witam Cię koleżko w ten dzień pochmurny, majową zdradą podszyty!

Choć wielu zdarzeń pamięć ma nie pochłonęła tamtego stypowego dnia, to jeno pewien jestem imienia męża, który tę flaszkię duszkiem ciągnął. Toż to Waćko, głupek nasz wioskowy! Nie pierszy taki wyczyn to był w jego bujnej i pełnej czynów heroicznych, karierze. Za każdym razem w drodze do remizy, gdzie zajęcia szkolne odbywać nam przyszło, bądź z niej na powrót, Waćka rower jaki musiał pokiereszować. Chodził on gówniarz, patalogia jedna, zygzakiem, od boku do boku naszego szutrowego traktu. Podobno miał ciotkę w Stanach, co mu regularnie w paczce Polamerem słanej, podsyłała benzedrynę, a także różnorakie psychodeliczne substancje psychoaktywne. W czasach podstawówkowej edukacyji, grzał jednak Wacek przede wszystkiem eter i stąd ta jego nieporadność w terenie i rowerowe przypadki. Wódka się zaczęła, gdy ciotka marnym kursem doliara spowodowana, zjechała na rubieże północno-wschodnie. Nie było skąd wziąć przysmaków Wackowi, więc podobnież eksperymenty z Vibovitem i dietyloaminą prowadził, lecz ostatecznie fiasko go zastało i ku starej polskiej tradycji się skłonił. Pozdrowić Cię kazał siarczyście i zapowiada się w Twe progi do Zaświatowa, wraz z porankiem Matki Boskiej Zielnej.

Z innej beczki pociągnąć tu trzeba, kumie mój najmilszy.

Powiem Ci ja, że nie mogę już wprost wytrzymać z tym wulkanem przeklętym, co go gdzieś w zimnym kraju wygrzmociło w nieboskłon. Przez tego fabulona abstrakcyjnej, tiliwizyjnej rzeczywistości, mam kolejne problemy z inwentarzem obejścia. Ledwie pazury mojej kurze ostygły, a tu krowy mleka dawać nie chcą, ino durne harce im w głowie. Biere ja rozumisz, któregoś dnia szuflę do śniegu i dawaj uprzątam podwórze z kup krasulich. Zazwyczaj w tych momentach patrzą się one na mnie z wyrzutem jakbym okradał ich matki z czego drogocennego. Tym razem wzrok unoszę, wiedziony przeczuciem deficytu normalności w powietrzu. Zbladłem, bo widzę, że ni jedna krowa okiem kusym na mnie nie łypie. Rzuciłem szuflę wpizdu, przy okazji ciepłym jeszcze plackiem klamkę do chlewu obryzgując. Machłem dłonią póki co, bo ważniejszy kazus już wietrzę. Ucieczkę jałówek niewdzięcznych! Biegnę za stodołę. Wychylam się zza winkla, a tu są! Wszystkie siedem mych krów-buców! Cztery stoją, tworząc niby kwadrat – pyskiem jedna tyka dupsko kolejnej. Figura doskonała, zawodowa, rzekłbym. Na ich grzbietach, na kończynach swych tylnych, stoją trzy kolejne, wyprostowane jak strzały. Łączą się kopytami w górze i na muczenie je wzięło. Jake zaczeły swój śpiew, byk mój Stiepan (wcześniej go widać nie było) wyskoczył ze środka tej piramidy ku górze. Wzbił się w powietrze i opadając krzyknął: „Jam jest Eyjafjoell i mścić się na żelaznych ptakach będę!” Ot, bycza niespodzianka!

Pogubiłem klepki wszystkie i zemdleć mi przyszło. Obudziłem się w łóżku, przykryty kocem. Podnosząc się, spojrzałem w okno i ujrzałem Stiepana oblicze. Mrugnął do mnie i w krowich podskokach niemrawych, pobiegł przez podwórze do obory.

O egzegiezę proszę Cię stary, bo nie wiem, co myśleć.

Twój A.

czwartek, 13 maja 2010

Strzała Zulusa


Mój Drogi,

Wspomnień niewiele. Czytam twój list okiem jeno cyklopim, bo prawe mi nie działa po wsadzeniu weń kciuka w momencie pomroczności pełnej. Świat prawobiegunowy za tym się rozlewa i jak barka węglowa po szkockich kanałach w nieznanej mgle brodzi. „Lejzi aj”, jak sam rzekłeś, żegnając mnie na peronie, co prawie życiem przypłaciłem, pod pociąg wpadając, dowcipem twym pijackim rażony.

Jeśli cokolwiek z podróży pamiętam powrotnej, która mnie przedwczoraj do listu twego przywiodła, to brudne wstęgi żelaznych torów i puste butelki po gorzale miejscowej na stacjach pośrednich w liczbie siedemnastu, między Wierzchlesiem a Zaświatowem moim. Kurwa, Anatolu, morze widziałem! Ale nie każ mie mówić jak i którędy, bo nic ci pewnego rzec nie potrafię. Jeno obrazek niewyraźny czasami mi się z pamięci wyłania, w którym widzę lecącego bociana. Leżę na weznak w jakiej przyczepie – chyba pod Koninem – hiczhajking uprawiając – i widzę, jak leci w przestworza, hen nad granie nizinnych puszcz. Ale bocian to niezwyczajny, bo koślawy w locie, jakby ciągle na lewo zlatywał (albo na prawo – bo kierunków świata pomny nie byłem). I wnet! Bocian ku mnie się zniża. Myślę: „osra”, potem: „oszcza”, jeszcze po chwili: „toć bocian nie osra, choć Polak”. I rację miałem, bo zaraz odgadłem, skąd ci on traci wysokość. Strzała mu lewe (albo prawe) skrzydło przebiła! Strzała Zulusa, plemieńca z czarnej Afryki! Jak boga kocham (a nie kocham za bardzo, złe porównanie lecz korektor wyschnął na słońcu) widzę te włosie czerwone, malowane, grot z jakiego drzewa, czarna ci ona na dwóch końcach kija i trzeźwieję jak jeden mąż, choć świadomość na tysiące rozbita… Więc tak to jest czwartego dnia kaca, że się doświadczenia absolutu doznaje i palerele wszechświatów widzi w jedności. Byłem jak ten ptak biały z czerwonymi nogi i czarnymi lotki, ranny, a podróżujący, zmęczony, a w ruchu ku domowi jednostajny i niezwyciężony – jakeśmy obaj byli niezwyciężeni w opłakiwaniu kury twojej w to przedwiośnie tak długo, z pokorą wyczekiwane po zimie.

Rady Twe przybywają mie w odsiecz niczym Merkurego w sandałach opowieści o rychłym powstaniu człowieka – do pracy i sobót przy grillu.

Posskriptum:
Dwadzieścia dwie godziny przespałem i dwa razy mie urząd pocztowy wtenczas zamknęli, za czym wysyłam to dzisiaj dopiero.

Posskriptum dwa:
Jak było temu chłopu, co to z nami o zakład pewny poszedł, że flaszkę z gwinta duszkiem wydudni i stać przez siedem sekund będzie wśród żywych? Dopił do połówki, jeśli mnie pamięć nie myli.

Twój Albin.

piątek, 7 maja 2010

Cwaniakowanie po stypie


Drogi kumie mój, najdroższy!

Cóżem uczynił światu temu, że mię skazać postanowił na cierpienie wszeteczne? Odejście nielota tak nagle spadłym soplem przesądzone, okazało się karą za mój żywot zbyt lichą! Oto dzień już drugi po stypie dojść do siebie nie mogę, wiedziony głowy pękaniem i poczuciem winy, żem się najebał tak niemiłosiernie. Siedzę, rozumisz kumie, w kącie izby skulony, niepewny czy ściany krzywdę chcą mię uczynić, pocę się na każdy szmer gdzieś na strychu. Czy to myszy harcują czy czart próbuje o zawał mięśnia sercowego mię przyprawić, by potem pożreć me ciało i trawiąc do piekła sprowadzić? Nic to, wiesz jeno sam dobrze, że nieraz na ciężkim kacu człowiek delikatny i wrażliwy jak komar, a i tak samo bezbronny jak te plugawe owadzisko, gdy siedzi na paluchu i krew słodziuchną spija w najlepsze. Inna rzecz, obok otwartości emocjonalnej nadmiernej, kaca stan określające, jest bez wątpienia „cwaniakowanie na kacu”. Przez mą prababkę marka to wymyślona, na uczczenie terminologiczne kuksańca szafką zadanego sobie samemu w czoło przez pradziadka mojego, w czasie przesilenia poalkoholowego. Sprawa ma się tak: masz kaca? Siedź w domu i się nie ruszaj. Trwaj na posterunku swego bezpieczeństwa bezczynnie, niczym Żyd przestrzegający nakazów Szabasu. Powiem Ci ja, i to nie przesada - każda czynność jaką wykonasz grozi urazem, kalectwem, a nawet, że i zgonem z miejsca! „Cwaniakowaniem na kacu” jest ino wszystko. Tak! Każda czynność to wtedy cwaniactwo, buta i brawura skierowana Tanatosa w nas zakorzenionym pędem do śmierci. Abyś słów mych bez serca nie traktował, dam ja parę przykładów z egzystencji swych wydestylowanych:

- Po najpierwsze, nie zostawiaj na gazie, ni na piecu drewnem opalanym, żadnej strawy, broń Boże! Kluski fusate wąs zapuszczą tak ciemny, że nie znajdziesz w jego gąszczu nic, co mógłbyś zjeść. Zapomnij o pichceniu, bo zaśniesz naprędce – a dobrze jak chata nie spłonie!

- Po drugie, jak kaca na zimnie znosisz, nie pakuj Ty zadka do samochodu celem odpalenia motoru i zagrzania skostniałych łap i kulasów. Zaśniesz i benzynę caluśką wypizdrzysz! Do domu nie wrócisz, zmarźniesz, zczeźniesz!

- Po trzecie, przed zakrapianiem srogim dzień wcześniej zaopatrz się w papier toaletowy, bo jak poranne trawienia skutki pogonią w ustęp, ostaniesz się tylko z własnymi dłońmi swemi!

- Po czwarte, jak babę masz w domu, połóż się krzyżem dzień przed libacją i przeproś siarczyście za to, co wyczyniać Ci przyjdzie dnia następnego! Może unikniesz babskiego łomotu. Mnie wpierdol ongiś spuściła luba, co łapy miała jak bochny. Opuchlizna mnie z ryja dwie niedziele nie zeszła!

- Po piątę, najdroższy, zarygluj drzwi i połknij klucz, który wydalić Ci przyjdzie już postkacum i wyjdziesz na luzie z chałupy. Kędy nie uczynisz tego przykazania, byle listonosz przyjdzie Ci chatę opierdzieli, a Ty chrapać będziesz, jeno powietrze zamieniając sukcesywnie w roztwór procentami nasycony.

Nadzieja ma w tym, że przetrwasz to wszystko, choć optymista to ja nie jestem, wiedząc ileś przy stole wypoił. Pisz bratku, jakie ze stypy wspomnienia ugrzęzły w jaźni Twej szlachetnej!

środa, 7 kwietnia 2010

Stypa w remizie


Albinie mój,

Pochówka mego nielota dokonać mnie przyjdzie samemu. Żal i ból pożerają me serce niczem słońce sople. W ostatnim pożegnaniu towarzyszyć jej będę tylko ja. Niemniej potem skromny poczęstunek suto zakrapiany odbędzie się w remizie wierzchleskiej. Zapraszam Cię kumie. Powspominamy, zatańczymy... Przesyłam oficjalne zaproszenie. Do zobaczenia w tym smutnym dniu.

Epitafium dla kury


Anatolu, rebrata!

Obcasowo zacznę i z kopyta, bo i konia ostatnio Wieśkowi podkuwałem, za czym melodię do riposty posiadam. Jakem czytał historię kury Twojej, klocek mię sie odezwał niczym ten kret, co mi przy piątku zaczął ogrodzenie forsować. Nie baczył na weekend człowieczy, co to w pejerelu jeszcze co znaczył, bo i wolne od natury dawał. Ale szlag trafił czas historyczny i wraz z wolnym rynkiem jak widać nie tylko mój sąsiad Włodzimierz się znalazł, a widzę – parkuje w poprzek drogi przy pasiece swoje nowe zielone Polo. Krety również w kapitalizmie pazerność swą ćwiczą.
Mając więc na uwadze wszystek uwag owych we wstępie poczynionych, zaakceptować musisz, żem epilog opowieści Twojej dokończyć musiał tam, gdzie odbywa się epilog wszystkiego na mej ziemi. W obramowaniu mego wojennego wychodka, co go matka jeszcze, łzy roniąc, zbijała. Towarzyszyłem więc Twej kurze w jej podlotkach przedśmiertnych a pot palcy Twych w filcach i moim stawał się udziałem. A tragizmu całości, który w mig już teraz pojmiesz, dodawał Twej opowieści ostry sos brzozowy wczoraj w mych trzewiach osiadły i światło słabe, jeno przez od klucza dziurę wpadające, co to raz na atramencie, raz w czeluściach pod jajami memi przedpołudniowym kładło się blaskiem.
Sopel to chuj przedchrześcijański! – winno się na murze wypisać. Za czym zastanowić, czy aby na pewno o to chodzi, ale co by innego lepiej fakt następujący tłumaczyło: mianowicie – że gdyby nasz pan bóg losem swej kury akurat się zajął, inną by jej śmierć przeznaczył – godną i chrześcijańską, między widelcem, nożem i dziesięcioma palcy twemi? A tak zadziałały siły nieczyste. Jakie? Nie wiem. Ale tak ja w to wierzę pełnią trzewi swoich jak wierzą i one ze mną – swą powłoką – w uzdrowicielską moc rosołu! I wyobraź sobie Anatolku, że tak mnie te fale gorąca nachodziły nerw powodując i żyłę na czole widoczną, gdy nagle! – uspokoił się człowiek wraz z ostatnią kropką, bo uprzytomnił sobie, że jest kilka rzeczy stałych na tym świecie: 1) że pranie strzepane nie zazna równowagi żelaza 2) że zboże siane od lewej pod włos jesienią wyrośnie 3) że nie ma bardziej słownego człeka od Anatola i bardziej naturze udomowionej oddanego.
I za tym wiosna jakby się odczarowała. I wiedz, mój kumie, że w tym to oto momencie, śniegi wokół puściły i słonko izbę promieniami zalało, przywołując wszystek much podłogowych do życia. I tak być to widocznie musi, Przyjacielu, że kiedy jednemu pupil umiera, drugiemu pupil odżywa, by w każdym momencie dnia na ramieniu lub czole towarzyszyć.

poniedziałek, 29 marca 2010

Tłusty, żylasty sopel


Albinie mój najdroższy!

Na chacie siedzieć niepodobna! Słonko wyjrzało nareszcie, czyniąc poświatę we wewnętrzu mej duszy siarczystym mrozem udręczonej. A i sople stopniały, zniknęły nareszcie z dachu mego strzechą ogarniętego. Nie obyło się jednak rzecz jasna bez bicza bożego. Bo gdzież mógłby taki sopel ot po prostu zakończyć swe plugawe jestestwo? Sytuacja się miała jak idzie: siedzę ja proszę Ciebie na taboretku w kuchni, obieram kartofle na cieszyńskie kluski fusate i patrzę przez okno. Nadmienić należy, żem taką wprawę posiadł we władaniu obierakiem, że niepodobna się zaciąć w palec, uwalić funt ciała i kapkę krwi upuścić. Morda się cieszy i mrużę ryło do słońca co wali mi przez szybę w oko. Żyć nie umierać, splendor wiosenny na mnie spłynął z całą bożą łaską, jakby ta wiosna moją zasługą się stała. Tak żem się czuł temperaturą dodatnią podbudowany, do życia skory! Patrzę jednak że z dachu chlewa mojego czapy śniegu exodus nadają. Spadło. „Nic to” - mówię w duchu i dalej marszczę w zadowoleniu pokiereszowane swoje oblicze. Sopel spadł jeden – a duży skurwiel i biedę by mógł człowiekowi narobić jakby natrafił na łeb w drodze z dachu na odmarzającą ziemię. Ja jednak w domowych pieleszach jak lepszy cwaniak wioskowy siedzę, rozanielony, bezpieczny, nie świadom że dramatu zaraz obaczę oblicze. Oto idzie kura. Jedna z moich kur, równie szczęśliwa jak ja, wiosną pewnie uraczona. Grzebieniem trzęsie, łbem kiwa jakby jej kapela oberka grała. Podskoczyła – ot głupi nielot i skrzydłami zamachała. W przejściowym zawieszeniu powietrznym puściła kloca, jak to kura. Bez wstydu i zmieszania. Nadmienię, że niebezpiecznie blisko chlewa już zapuściła się ona. Skojarzyłem fakty od razu. Prorok się włączył, mina mi zrzedła (jak zawsze w momentach mojego proroctwa) i chodu przez izbę co sił w filcach, zapodałem! Wypadam na podwórz już krzyczę do kury: Co ty, głupia!? I wiem już, że śmierć ujrzę i chuj z dniem radosnym, chuj z fusatymi i chuj ze wszystkiem ogólnie. Tempo zwolnione. Tłusty sopel obrywa się z dachu i leci. I leci. I leci. I leci. I wziął skurwesyn uderzył moją kurę w czoło a ta padła sztywna, martwa, z przyłbicą rozpiżdżoną. Stwierdziłem, że nie będę wołał policji. Wstydu bym się najadł, bo łzy kapać mi zaczęli. Kochałem tę kurę jak swoją..