
Mordunio moja ty anatolijska!
Przeprosić mnie Ciebie przychodzi najwsampierw tego listeczka. Przepraszam za korpsy w odpowiedzi na moje własne zaczepienie, że niedługo napiszę co żem obmyślił. Zanim zasiadłem do klawiatury swego cyfrowego rumaka dnia następującego po poprzednim wtedy, usłyszałem ja w eterze radiowym o promocji na tikety do Stanów, więc zamist gdakać, działać począłem. Nim się obejrzałem (zawsze się oglądam po spacerze, czy gdzie klieszcz się nie napatoczył), siedziałem już w kapeluszu i kufajce na pokładzie samolota mknącego przez nieboskłon nad Atlantykiem. W tym momencie już słowo wyjaśnienia mej bystrej jak woda w klozecie decyzji, należy się niezłomnie. Pamiętasz jakem pisał o zwątpieniu w ciągniki chalierne? Natury mi się zachciało i marzenie dziecięce ziścić żem pomyślał. Rebus zarzucę z zamachem: Co to jest? Ciągnik+pole+wypadek+rozczarowanie+wywrotowy świata pogląd=pole/rolnik/love bizon. Rozumiesz? Nie? No dobra, to słów kilka, co by tylko oni nie ponieśli te słowa wilka...
Bizon. Bizon i to wcale nie kombajn nasz krajowy, tylko ssak rozumiesz lądowy, amerykański. Takim to sprzętem teraz będę orał pole w porę. Oglądałem kiedyś dokumentalny utwór filmowy, w którym jak czarne na białym, jak jajko w skorupce, jak bimber pod gruszą, Indianin w rezerwacie orał polę za pan brat bizonem. A zwierzak szczęśliwy był, fiu fiu! Aż nóżkami wierzgał z radości, a jak leżał wygrzewając się w słońcu, to kopytka ze szczęścia zacierał! Wtedy w moim czerepie zrodziło się marzenie, pragnienie niezmierne, ażeby posiąść na własność takiego oto bizona, co by nie tylko ze mną jak z bratem po polu zapieprzał, ale i konie sąsiadów z równowagi wytrancał. A co się dzieje z marzeniami? Albo czezną obsrane przez rzeczywistość, co to ani Boga w sercu nie ma, ani szatana się nie boi, albo ziścić się mogą upartym duchem właściciela wiedzione! Oto ja, uparty buc, bizona do kochanej Polszy doprowadzę!
Wylądował ja rozumiesz na kenedim w niu jorku, a stamtąd za chwilę przesiadka do Denwer mnie przygarnęła. Nie pierwszy raz ja w trasie lotniczej funkcjonował, jak wiesz, a i w językach tego świata nie ciemny, bezprobliemowo wszystko sobie zorganizował. Zanim druga doba wybiła od opuszczenia rodzinnego padołu, jechałem ja już słono opłaconym wierzchem w stronę parku Jelołston, gdzie miałem wybrać dla siebie dorodnego bizona (dał ja w łapę naczelnikowi parku, pieniendzy przelewając internietem – u nich to normalne, nie to co u nas). Przed zmrokiem zajechał ja na miejsce. Konia mnie do wodopoju odstawili, i poszedł ja z naczelnikiem parkowym oglądać epickie bizony. Słońce zaczęło błądzić czerwoną poświatą po malowniczych terenach, a przy tym musiałem słuchać pieprzenia starego naczelnika. Mówił coś, że jest szeryfem w tym hrabstwie od kiedy skończył 25 lat. Trudno w to uwierzyć - mówi. Jego dziadek strzegł prawa. Ojciec też. Byli szeryfami w tym samym czasie. Stary w Plano, a on tutaj. I tak mi napieprza od rzeczy. Ja mówię: „Ed Tom! Kat de bulszit end lec gou!”. On na to: „Sziiijat” i poszliśmy. Otwiera stodołe, a tam... bizon. Mój własny bizon. Wacław mu nadałem i pogłaskałem jak swego. On na mnie spojrzał i z bani przypierdolił, aż się nogami przykryłem. Wstałem po godzinie i popłakałem się ze szczęścia, że takiego jurnego dostałem, co to w polu będzie za trzech opierdalał hektary! Dzień później posłałem go Fedexem do niu jorka skąd na statku „Kasimir Pulaski” za tygodni kilka zjawi się w porcie gdańskim, gdzie ja już z wynajento przyczepką z chlebem i solą czekać będę.
Wybierz się ze mną kumie mój, bo to wiekopomna chwila będzie. Dam znać Ci toć, jak już czas będzie.
Tera trzymaj się ramy i pisz co u Ciebie, bom nowim złakniony!









