środa, 18 sierpnia 2010

Albina sny przeklęte vol. I: Wąs kary



Przychodzą niekiedy noce siermiężne, wylewne za sprawą potów i długie przez lęki nieutulone. Piszę te słowa w trwodze, kumie drogi, klucz dzijerżąc w lewicy mej, której próbuję niekiedy przywrócić dawną świetność i piśmienną ją na powrót uczynić. Bezpowrotnie jednak utracona ma leworęczność zdaje się z perspektywy lat faktem tak oczywistym jak to, że kura puszczona samopas w obejście, więcej da jajek niż pięć, choć raz w tygodniu. A klucz dzijerże, bo już i swego cienia pewien nie jestem. Insomnia mie trawi, a rozum niedługo chyba swe podwoje zwinie. Przywidzenia miewam i głosy słyszeć zaczynam, Anatolu! A ty wiesz - znasz mie przecie - że farmazon i foch to dwa zwierzęta mi obce (gdyż siermiężne wychowanie odebrałem: pamiętasz moją kołyskę z jednej sękatej belki wyżłobionej, którą wieczora jednego pijani porąbaliśmy, by ogień utrzymać do rana) i powód musi się kryć za takim stanem rzeczy. I noce me przeklęte niosą, zda się, wyjaśnienie. Lecz czy podobna?

Śniłem Anatolu, o swym karym wąsie i spać nie mogę już czwartą dobę, bo sen jeden zamienił się w cykl. Skutkiem to, jak mniemam, smalcu od Józka wziętego (bo wiesz, że nie lubię jak co na marnację idzie, a ten niemota uraczył mnie słojem smalczyku wczesnowiosennego, pleśnią pewnie podszytego). "Jak się nie ma w głowie, to się ma w nogach", jak mawiał stary Wróblewski i tę jego prawdę spod gruszy w skwar letni głoszoną sprawdzać zaprawdę w tygodniu tym mogę, bo i biegunka straszliwa za dnia, i sny nocą posrane. A oto i one w kolejności od niedzieli.

W pierwszym swym śnie golenie pierwsze przeżywam. Stuknęło mi lat szesnaście i wąs mam już wtedy dorodny. Trzymam brzytwę wuja mego Bartłomieja i uważam, żeby życiem tego razu pierwszego nie przypłacić, a on i matka moja - wyobraź ty sobie kumie - płaczą z tyłu ze śmiechu widząc efekt tej niefortunnej pomyłki natury! I budzę się zlany potem.

We śnie drugim wąs swój odzyskałem, jakim cudem - nie wiem. Ważne, że lepiej mi jakoś na duchu i wstydu przed kurami też nie ma. Zima jest jeno straszliwa i przy robocie przy odkuwaniu kamienia od studni, wąs mie w świetle południa zamarza i gdy akurat kamień, jak ten wierny od grobu pańskiego, odsuwam, by cud wody obaczyć życiodajnej - odrywa się on cały nagle od mej aparycji, w dwóch kawałkach z dwóch stron nosa! i leci w przerębel przeklęty!!! Myślę wtedy, że skonam, bo już kury ciekawskie - te wynalazki szatana, co to na jego polecenie tak srają - łypią na podwórze w sensacji poszukiwaniu...

Za tym sen we wtorek trzeci się objawia. U Feli jestem. Rogal kupuję ziarnisty do komandosa. Stoisz ty, Waćko i pies jego, Szelma. Waćko wpierdala swą gruszkę przejrzałą, Szelma pierdzi w posadzkę i tym jakby zdziwiony, a ty pociągasz już z zielonego szkiełka - i próbuję ja. I bunt! Nie mogę. Pytam: jak? Otóż wąs mie wargi zarósł, szczecina niczym zbroja jeża leśnego, krople przez nią tylko w przełyk mój trafiają pojedyncze, a reszta po mordzie leci jak mleko kwaśne na kacu, gdy ręka nietrzeźwa w mordę jeszcze nie trafia! Laboga, mordęga! I znów się budzę. Wypieki, gardziel sucha. Myślałem, że koniec. We środę zapiłem. A jednak się ten czwarty sen przybłąkał i to taki, co mnie o łzy prawie przyprawił... Myślałem, że sczezne…

Jutro zapodam dla Cię część drugą, ostatnią, wynurzeń o snach mych dzikich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz