
Żyję, Kumie! Wpierw to ci naprędce wyjawiam i to w osobie pierwszej, żebyś wiedział, że to ja osobiście piszę, Albin twój niezłomny. Wybacz mie ciszę długą jak kiszka stolcowa węża andyjskiego. Pogubiłem się w czasie lecz przestrzeni odzyskania jestem już w połowie prawie.
Wiedzieć chce pewniakiem ten twój umysł nienażarty wiecznie, co u mnie… U mnie plaga. Plaga sąsiada – bez mała dwa tygodnie trzyma i nie pozwala ze stanu noworocznego postkacum wyjść. Natenczas więc obalając porankiem wieczorne śledzie w oleju, czytałem ze zrozumieniem o planie twym przemyślnym i taka mie myśl też naszła – że rzadko ty się mylił w życiu i tym razem też się zdaje, że epokie chyba wyprzedasz!
Bo choć ty o hadowli bizona niemechanicznego razmisljasz to i ja interesik jeden zza pazury zda się dla nas na tę okoliczność posiadam i wyjmuję już teraz: Stado bizonów obronnych! Ot co ja wymyślił… A żeby to od sąsiadów-pojebów broniły, bo sąsiad zły człek przecie z definicji szkolnej. Sąsiad odtąd na dystans trzymany będzie! A to równanie, bo bym był zapomniał, to idzie: „Sąsiad dodać flaszka się równa ryj obity dwa razy plus drzazgie pod paznokcie i sztacheta w płocie złamana.” A i reszta czasem bywa z równania w postaci kła ułamanego, który skutkuje potem bolesną wizytą u konowała tego, Henryka, co to odkazi swoje narzędzie doustne chyba w ustach tylko, jak akurat żytniej jeszcze nie przełknął. A tu – ile karzyści taki bizon z rękawa daje!
Bo na ten przykład dzień trzeci pijesz i dosyć już masz, bo na oczy ledwo widzisz- na ten przykład wnuki sąsiada, jak żaby słomkami dmuchają. I na tę sposobność może i byś chciał im co powiedzieć albo w mordę zdzielić, bo to stworzenie boże przecie i niepohumanitarnemu zachowanie – ale jęzor kołkiem stoi i o kieł skruszony już wadzi. I myślisz wtedy w pomroczności jasnej: „Bizona czas mie przywołać. Niech ratuje syn prerii. Totem Indian mądrych jak sowy wieczorne. Niech przegna te wichry bimbru lipowego i w knieje uniesie swąd gaci sąsiada Józefa, bo już od wczoraj ja podejrzewał, że się zesrał i stąd się wstać z taboreta mego boi…” Tak myślisz i gwiżdżesz. Nie. Zaraz. Nie gwiżdżesz. Kto by gwizdać był zdolny po trzech dobach chlania bez umiaru. Ryczysz więc w języku prerii: „Uuu-aaaa-uuuu!”. Jeb. Bizon się zjawia. Ale ty tylko wiesz, że się w celu pojawił przy tobie. Ot, spoziera już cwana bestia zza okna i okiem swym łypie na filmach amerykańskiech chowana i w wywiadzie przeszkolona - na Józefa i gacie jego. I w Józefie strach rodzi. I racicami swemi czterema ruch zaczyna wybijać w obejściu. I rusza! Kopyta w śnieg kruszony przed domem napierdalają, kury szczają, świnie kwiczą – i jelita się Józefa w przestrachu ozwały i Józef musiał się demaskacji poddać! I kurrrrrrrwa, nie ma przebacz! W huraganie odwilżowej aury przez bizona wzniecionej Józef drugi raz się posrał lecz już go na tę sposobność u mnie nie ma, bo drzwi prawie z zawiasa wyważył.
Tak mie się roi we łbie Albinie… przemyśl tę sprawę. Wybacz, że w porcie do Wacława nie byłem, odrobi ja to w polu!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz