
Mój Drogi,
Wspomnień niewiele. Czytam twój list okiem jeno cyklopim, bo prawe mi nie działa po wsadzeniu weń kciuka w momencie pomroczności pełnej. Świat prawobiegunowy za tym się rozlewa i jak barka węglowa po szkockich kanałach w nieznanej mgle brodzi. „Lejzi aj”, jak sam rzekłeś, żegnając mnie na peronie, co prawie życiem przypłaciłem, pod pociąg wpadając, dowcipem twym pijackim rażony.
Jeśli cokolwiek z podróży pamiętam powrotnej, która mnie przedwczoraj do listu twego przywiodła, to brudne wstęgi żelaznych torów i puste butelki po gorzale miejscowej na stacjach pośrednich w liczbie siedemnastu, między Wierzchlesiem a Zaświatowem moim. Kurwa, Anatolu, morze widziałem! Ale nie każ mie mówić jak i którędy, bo nic ci pewnego rzec nie potrafię. Jeno obrazek niewyraźny czasami mi się z pamięci wyłania, w którym widzę lecącego bociana. Leżę na weznak w jakiej przyczepie – chyba pod Koninem – hiczhajking uprawiając – i widzę, jak leci w przestworza, hen nad granie nizinnych puszcz. Ale bocian to niezwyczajny, bo koślawy w locie, jakby ciągle na lewo zlatywał (albo na prawo – bo kierunków świata pomny nie byłem). I wnet! Bocian ku mnie się zniża. Myślę: „osra”, potem: „oszcza”, jeszcze po chwili: „toć bocian nie osra, choć Polak”. I rację miałem, bo zaraz odgadłem, skąd ci on traci wysokość. Strzała mu lewe (albo prawe) skrzydło przebiła! Strzała Zulusa, plemieńca z czarnej Afryki! Jak boga kocham (a nie kocham za bardzo, złe porównanie lecz korektor wyschnął na słońcu) widzę te włosie czerwone, malowane, grot z jakiego drzewa, czarna ci ona na dwóch końcach kija i trzeźwieję jak jeden mąż, choć świadomość na tysiące rozbita… Więc tak to jest czwartego dnia kaca, że się doświadczenia absolutu doznaje i palerele wszechświatów widzi w jedności. Byłem jak ten ptak biały z czerwonymi nogi i czarnymi lotki, ranny, a podróżujący, zmęczony, a w ruchu ku domowi jednostajny i niezwyciężony – jakeśmy obaj byli niezwyciężeni w opłakiwaniu kury twojej w to przedwiośnie tak długo, z pokorą wyczekiwane po zimie.
Rady Twe przybywają mie w odsiecz niczym Merkurego w sandałach opowieści o rychłym powstaniu człowieka – do pracy i sobót przy grillu.
Posskriptum:
Dwadzieścia dwie godziny przespałem i dwa razy mie urząd pocztowy wtenczas zamknęli, za czym wysyłam to dzisiaj dopiero.
Posskriptum dwa:
Jak było temu chłopu, co to z nami o zakład pewny poszedł, że flaszkę z gwinta duszkiem wydudni i stać przez siedem sekund będzie wśród żywych? Dopił do połówki, jeśli mnie pamięć nie myli.
Twój Albin.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz