
Witam Cię koleżko w ten dzień pochmurny, majową zdradą podszyty!
Choć wielu zdarzeń pamięć ma nie pochłonęła tamtego stypowego dnia, to jeno pewien jestem imienia męża, który tę flaszkię duszkiem ciągnął. Toż to Waćko, głupek nasz wioskowy! Nie pierszy taki wyczyn to był w jego bujnej i pełnej czynów heroicznych, karierze. Za każdym razem w drodze do remizy, gdzie zajęcia szkolne odbywać nam przyszło, bądź z niej na powrót, Waćka rower jaki musiał pokiereszować. Chodził on gówniarz, patalogia jedna, zygzakiem, od boku do boku naszego szutrowego traktu. Podobno miał ciotkę w Stanach, co mu regularnie w paczce Polamerem słanej, podsyłała benzedrynę, a także różnorakie psychodeliczne substancje psychoaktywne. W czasach podstawówkowej edukacyji, grzał jednak Wacek przede wszystkiem eter i stąd ta jego nieporadność w terenie i rowerowe przypadki. Wódka się zaczęła, gdy ciotka marnym kursem doliara spowodowana, zjechała na rubieże północno-wschodnie. Nie było skąd wziąć przysmaków Wackowi, więc podobnież eksperymenty z Vibovitem i dietyloaminą prowadził, lecz ostatecznie fiasko go zastało i ku starej polskiej tradycji się skłonił. Pozdrowić Cię kazał siarczyście i zapowiada się w Twe progi do Zaświatowa, wraz z porankiem Matki Boskiej Zielnej.
Z innej beczki pociągnąć tu trzeba, kumie mój najmilszy.
Powiem Ci ja, że nie mogę już wprost wytrzymać z tym wulkanem przeklętym, co go gdzieś w zimnym kraju wygrzmociło w nieboskłon. Przez tego fabulona abstrakcyjnej, tiliwizyjnej rzeczywistości, mam kolejne problemy z inwentarzem obejścia. Ledwie pazury mojej kurze ostygły, a tu krowy mleka dawać nie chcą, ino durne harce im w głowie. Biere ja rozumisz, któregoś dnia szuflę do śniegu i dawaj uprzątam podwórze z kup krasulich. Zazwyczaj w tych momentach patrzą się one na mnie z wyrzutem jakbym okradał ich matki z czego drogocennego. Tym razem wzrok unoszę, wiedziony przeczuciem deficytu normalności w powietrzu. Zbladłem, bo widzę, że ni jedna krowa okiem kusym na mnie nie łypie. Rzuciłem szuflę wpizdu, przy okazji ciepłym jeszcze plackiem klamkę do chlewu obryzgując. Machłem dłonią póki co, bo ważniejszy kazus już wietrzę. Ucieczkę jałówek niewdzięcznych! Biegnę za stodołę. Wychylam się zza winkla, a tu są! Wszystkie siedem mych krów-buców! Cztery stoją, tworząc niby kwadrat – pyskiem jedna tyka dupsko kolejnej. Figura doskonała, zawodowa, rzekłbym. Na ich grzbietach, na kończynach swych tylnych, stoją trzy kolejne, wyprostowane jak strzały. Łączą się kopytami w górze i na muczenie je wzięło. Jake zaczeły swój śpiew, byk mój Stiepan (wcześniej go widać nie było) wyskoczył ze środka tej piramidy ku górze. Wzbił się w powietrze i opadając krzyknął: „Jam jest Eyjafjoell i mścić się na żelaznych ptakach będę!” Ot, bycza niespodzianka!
Pogubiłem klepki wszystkie i zemdleć mi przyszło. Obudziłem się w łóżku, przykryty kocem. Podnosząc się, spojrzałem w okno i ujrzałem Stiepana oblicze. Mrugnął do mnie i w krowich podskokach niemrawych, pobiegł przez podwórze do obory.
O egzegiezę proszę Cię stary, bo nie wiem, co myśleć.
Twój A.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz