
Albin Kłos przyszedł na świat w zimny poranek majowy roku pańskiego 1945. Był wcześniakiem narodzonym po upadku jego ciężarnej rodzicielki z konia. W tym to okresie matka – Antonina z Puchaczy osiadłych koło Drohobycza – dzieliła w tajemnicy przed mężem wywczas ze swym kochankiem Oskarem. Chowana pod kloszem przez cycate ciotki, nie wiedząc nic o politycznych granicach i wrogich aliansach co dzień zawieranych za drzwiami ciemnych biur i gabinetów, pojmowała świat jako świat – w całości i najprościej, widząc w nim przestrzeń do przebycia i obiekty do podziwiania.
Urodziła w Polsce, zawleczona przez Oskara do pierwszej napotkanej, wolnostojącej stodoły niedaleko dzisiejszego przejścia w Korczowie. Jak ominęli strażników?
Albin, pierwszy bękart Polski Ludowej, nadrabiał matczyną niewiedzę w zastraszającym tempie i w wieku lat 7, wstrząśnięty śmiercią wujka Stalina, ryczał już najgłośniej na apelu za co został uhonorowany bananem. Odczytał to jako znak i w dobrze dostrojonych do okazji łzach odnalazł swą życiową filozofię. Płakał zarzynając świnie, płakał po każdym Teleekspresie jak i podczas każdej ejakulacji, gdyż każda kończyła się ciążą sąsiadek. Pop Jaczesław nazwał to kiedyś darem. Albina kosztowało to jednak wiele zachodu związanego z przeprowadzkami.
Pytany o ważne wydarzenia w swoim życiu, chętnie wymienia coroczne libacje odpustowe na Matki Boskiej Zielnej, których jest współorganizatorem, zimowe szkolenie ideologiczne nad Bajkałem w sześćdziesiątym szóstym oraz kilkuletni pobyt w południowowietnamskiej dżungli na usługach swego duchowego mentora, Leonida Breżniewa, któremu uścisnął kiedyś dłoń na deptaku w Spale. Interesują go tekstylia i postępy w branży środków antykoncepcyjnych. Jego marzeniem jest rozwiązanie „200 panoramicznych” w jedno popołudnie. Żyje i jeździ po bułki do sklepu u Feli w Żabińcach koło Zaświatowa. Ma leśną bimbrownię. W wolnych chwilach śpi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz