Ażeby jego nad ranem tego knura, odyńca złapało pełne słońce i spiekł się skurwiel, jak Ty, a iżeby dla niego kefiru nie starczyło. Popłoch we wsi dobra rzecz, bo i o czym prawić jest przy romantycznych zajęciach, jak np. obornika dystrybucja na polu skąpanym w poświacie niedźwięcznej harówki. Nie będziesz wszak mówił o wygrzanej pościeli przez Halinę bladolicą, co Ciebie chciała uwieść, acz poparzenie skóry uniemożliwiło miłosne spełnienie. Przy takiej pracy to trzeba o zwierzątkach, co to darz bór zamieszkują, próbując związać koniec z końcem, od pierwszego do pierwszego. Bo powiem Ci ja od niechcenia, acz w sekrecie, że to można tak klnąć w nieskończoność, złe wróżby, czary mary i dziwy pleść na takiego odyńca, acz nie dostrzegasz w zwierzęciu ludzkiego pierwiastka. On to odyniec rzeczony, tak mnie wyobraźnia podpowiada, obiecał rankiem żonce i małym warchlakom, że przyniesie dla im dużo łakoci, co to i witamin i przyjemności dostarczają, a tu chuj wielki i szelki. Sonsiad Twój bratku w fallus leci, boi się nie wiedzieć czemu, puszy się i płoszy zarazem, zamiast biednemu ludzkiemu zwierzyńcu pomocną rzodkiew podać! Co on biedny poczońć miał niezrzeszony w związkach zawodowych, artystycznych koteriach, a nawet bez ubezpieczenia i niezarejestrowany w urzędach, kiedy bieda w oko zagląda i puka mówiąc: "wypierdalaj"...
Wiedziony ostatecznością sam byś zapukał środkiem nocy, kotu stresa zapodając, bo cóż to za ofiara! Takżę przeprość Cię musząwszy, mówi ja stop! Ya basta po rosyjsku, end, fin, katastrofa! Niewdzięczny rolnik umrze z głodu, nie błogosławiąc zwierzynie leśnej, na której pędzony od dziada, pradziada! Wstyd! Hańba - krzyczę! Zrób to tam porządek, jak się skóra w garść zaweźmie wiedziona kefirową ucztą!
Ale dość już, bo mnie gęsią skórką paznokcie zachodzą, jak rozkminie poddaje niegodziwości piastowskiego chłopa! Nic to, komu w drogę, temu rower! Gnać przed siebie w myśl wszeteczną trza, ni baczyć na obcość i głupiość, na rozkaz i rozrząd! Dajemy na maksa, bo jest imprezka, wyrwij mentalną sztachetę i do boju, leć co sił w uszach, nie bój się przeziębienia, bo wiatr smerający owal twej twarzy, to boży dar niebieski!
Tymczasem muszę nalać Ci bratku wina z troszku innej beczki. Przyznam, że zmuła tu trwa niestety i muszę prawdopodbnie trzy piwka strzelić, bo samotność pogrąża człowieka, a spać jeszcze niepodobna. Odczeka ów podmiot chwil kilka, aż zapach makreli unoszący się z trzewi jego osłabnie, ostygnie, i pogna on na drugą stronę wsi wracając z trzema umiłowanymi flakonami. Nie kończ korespondencji, bo to człowiekowi miło się robi jak ktoś pamięta, ktoś pisze... Wzruszenie ogarnia chwilowe, lecz nie, nie będzie on modlił się już dzisiaj.
Apropos... Czy proboszcz tak pięknie dziś prawił u Cię, jake i u mię?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz