sobota, 15 sierpnia 2009

Sprzedawca odpustów


Mówił tak dzisiaj, i w prawdzie jesteś, i po prawdzie szacunek mu się za słowa bożego głoszenie należy szczególny, lecz na prezent nie zasłużył i mu go ja nie dał tym razem i dawać nie będę. Proboszcz mój ci on na miarę plebana, co go w przypadkach niektórych tradycja w słowie pisanym uwieczniła. I pozrzędzi, i powie, że na tacy pustki, i uśmiechnie się za tym, kiedy monet kilka swym obrębem w toń wikliny przepastnej wpadnie i dziecko ci małe pogłaszcze przy tym rodzicu stojące. A za tym rodzic kolejny, widząc co się święci i że jego rodziny w tylnej ławie kolej nadchodzi, rzecze pacholęciu swemu: "daj ty mu na tacę idioto, com ci ja do ręki włożył, bo jak nie to spiorę dupę w domu i po chuj mi mówisz, że wstyd ci pięćdziesiąt grosiaków zawziąć wrzucić, kiedy nie twój pieniądz, nie twój zarobiony i dopiero jak zarobisz to zobaczysz, co to za wyrzeczenie, więc nie pierdol, stój prosto, uśmiech i już rękę wyciągaj, bo baranek boży wędruje" - i truchleje w swym dostojeństwie instancji rodzicielskiej ociec i przed siebie patrzy, bo wie, że choć pleban chłopca po głowie pogłaszcze to wzrok swój na jego tęczówki skąpstwo zdradzające położy i z dźwiękiem dzwonków drugi przyklęk wśród gawiedzi oznajmiających, jego niegodziwość wnet odgadnie. A ojca kurwica natenczas weźnie, gdy sobie o krowie ryczącej, niewydojonej na łące przypomni, bo znów zapomniał, znów Włodek z mózgojebem od Stefana z Woli przyszedł i znów krowa niedojona lamenty na swój żywot zanosi i po równinach jej skargi się niosą - dzień już drugi, na złego gospodarza i marską wątrobę jego. Niosą się, niosą, a spomiędzy głuchych uderzeń dzwonów te ryki i tutaj, między rzędy słychać, boć i wymiona krowie już nabrzmiałe i mleko samo trawę zjedzoną podlewa. A młodzieniec lat osiem, pięćdziesiąt srebrników skąpstwo ojca zdradzających wrzuciwszy, dłonią ciężką dotknięty i pobłogosławiony, gdy poczuje na sobie opuszki przewielebnego, wiedzieć już będzie, że to nie koniec, że na usługach mu będzie; i wie, że przewielebny wie, bo u komunii był właśnie raz pierwszy, maja początkiem zawitał i ojciec już mu powiedział, że na jesieni w ministranty pójdzie, a jak nie to mu łomot spuści, więc ma się uczyć i piątkę z religii mieć, a jak nie przyniesie z paskiem świadectwa to też mu łomot spuści – i tak to kościół ze swą chłodną posadzką, kiczem sosnowej terakoty i organistą o jednej nodze wdarł się już i zawczasu do życia jego jedynego, ośmioletniego, którego panem nie będzie jeszcze długo, długo nie...
Takie to życie, parobki wiedzą, jak trudne, a jak który tu z miasta przyjedzie i powie, że pięknie i miło to on chuj wie i świata nie widział – bo świat to w czoła pocie i na ostrzu kosy jest najwyraźniejszy; w słońcu co pali głowy, w koszuli niedzielnej i spodniach w kant, co je każdemu szkoda założyć w ten kurz złotego piachu, który w południe w procesji tłumie się unosi i ich włókna krzywdzi, w Gostyninie zszyte, z Drobina przywiezione. Nie ma ci łatwo z niczym, a jak co łatwiejsze to i tak trudniejsze, bo jak było łatwiejsze, znaczyś źle uczynił. Skoro Pan Bóg łatwo i umrzeć nie umiał-potrafił to i tobie łatwo życie tu nie minie. A on na pustyni. A ty pokraj boru. I nie szukaj trufli, bo dzicy już pożarli – jeśli co znaleźli! – bo to piątej i szóstej klasy ziemie, co na które nawet muchy nie srają, żeby jednemu nawet źdźbłu trawy nawozu nie przyprawiać, bo jak tu co ponad miarę wyrośnie – to wpierdol od sąsiada. Od razu i szczerze, z radością niekłamaną.
Więc co by myśli swoje od tych niegodziwości wyzwolić, siada człek przy świecy, lampka oliwna płonie, i myśli o czasach dawnych, tak odległych, że pozwalają się tworzyć na nowo i na chwat, i umie też wtedy tak marzyć – o lasach, jeziorach i szprotach w oleju z bazylią, co to gotowe spływały szóstkami wśród stępów i progów wodnych cichego, rozłożystego Dunaju, a Dunaj miał deltę w swej Polszy ukochanej, piły z niego bizony andyjskie i wszystkie kwiaty jedno miały imię – Cecylia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz